Zabytkiem po ziemi mińskiej

Mamy ambicję, aby w tym roku wystartować we wszystkich rundach MOWPZ i może nawet coś wygrać. W latach minionych się nie złożyło, głównie przez brak pojazdu w wieku co najmniej 30 lat. W tym roku nie dość, że takowe samochody przez nasze ręce przechodzą, to w sezonie jest wyjątkowo dużo rund MOWPZ. Tym razem punktem wycieczki był VII Rajd Po Ziemi Mińskiej, a więc uznana firma wśród rajdów okręgowych.

Przyznajemy się, iż był to nasz pierwszy rajd w Mińsku, zatem nie mieliśmy żadnego punktu odniesienia do poprzednich imprez. Po trzech rundach MOWPZ, rewelacyjnych Matka Siedzi z Tyłu i Rajdzie Rembertowskim oraz słabszym w naszym odczuciu Rajdzie Królewskim, poprzeczka zawieszona była bardzo wysoko. Dodatkową presję narzuciliśmy sobie sami, gdyż po trzech rundach jesteśmy pierwsi w klasyfikacji Post 75, a że nasi główni rywale o wygraną i o pudło nie startowali, mogliśmy odskoczyć reszcie stawki i umocnić się na szczycie. Warunkiem był jednak dobry wynik.

Miejscem startu był, jak co roku, teren Zespołu Szkół Zawodowych nr 2 „Mechanik” w Mińsku Mazowieckim. Liczba załóg była umiarkowana, co zapewne wynikało z długiego weekendu i kilku równoległych imprez, ale i tak przyjechało około 30 pojazdów, w tym trochę załóg-wyjadaczy, więc było z kim rywalizować.

fot. Miks Wielokołowy
fot. Miks Wielokołowy

Z małym poślizgiem wystartowaliśmy jako załoga nr 29, ale nim to nastąpiło, czekał nas szybki test BRD, gdzie NARESZCIE były jakieś trudniejsze pytania, wymagające pomyślenia. Itinerer na trasę był dosyć prosty, gdyż w 99% składał się z klasycznych kratek, w które wplecione były pytania. Pozostały 1% to przyjemny labirynt, który odzwierciedlał układ dróg w okolicy, a po jego rozwiązaniu „na papierze” należało pokonać skrzyżowania w takiej sekwencji, w jakiej wynikało to z labiryntu. Nawigacyjnie było dość łatwo, ale wykonanie zadania w praktyce było bardzo przyjemne i na pewno było miłym urozmaiceniem trasy. Ponadto, w ramach zadania na całą trasę była w materiałach zawarta historyjka, w której ukryto nazwy miejscowości mijanych na trasie. I nie, nie były to nazwy oczywiste, jak Dźbądź czy Zimna Wódka.

fot. Miks Wielokołowy
fot. Miks Wielokołowy

Rajd był podzielony na dwa etapy. Pierwszy, zdecydowanie krótszy, kończył się zmyślną próbą zręcznościową, polegającą na pokonaniu samochodem slalomu z kubkiem wody przymocowanym do przedniej szyby. Zadanie należało wykonać w jak najkrótszym czasie, nie rozlewając przy tym wody z kubka. Z racji, iż próba odbywała się na równym asfalcie, wyjątkowo uprzywilejowane były samochody z twardym zawieszeniem. Wykonanie próby zręcznościowej było równoznaczne z wyruszeniem na drugi etap, dłuższy i nieco bardziej zróżnicowany zadaniowo. Zachowano zadanie na całą trasę w postaci historyjki z nazwami miejscowości, dorzucono natomiast krótką krzyżówkę, do której rozwiązania należało odnaleźć na trasie rajdu. Rozwiązaniami było rozpoznawanie modeli samochodów, których zdjęcia umieszczono wzdłuż trasy. W praktyce okazało się, iż nie było to zadanie na cały odcinek, a jedynie na jakąś ¼, albowiem już na pierwszym napotkanym punkcie kontroli przejazdu kartkę z rozwiązaną krzyżówką należało oddać. Drugi etap rzeczywiście był zdecydowanie dłuższy, ze względu na długie przeloty między kratkami itinerera, a czasu na jego pokonanie wcale nie było tak wiele, jak się nam początkowo zdawało. Właśnie ze względu na długie odcinki, można było dobrze cisnąć i przedmuchać gaźnik, a spacerowym tempem ciężko byłoby zmieścić się w limicie. Nam się udało, aczkolwiek z zaskakująco niewielkim zapasem, pomimo dość wysokiego tempa jazdy.

Wyniki pojawiły się bardzo sprawnie, biorąc pod uwagę fakt, iż zjechaliśmy na metę jakoś w połowie stawki. Obyło się zatem bez nerwowego przestępowania z nogi na nogę i umierania z nudów, jak chociażby na Rajdzie Królewskim. Zanim pojawiły się oficjalne wyniki, wywieszono prawidłowo wypełnione karty drogowe i rozwiązania zadań z punktów kontroli przejazdu, zatem można było sobie orientacyjnie oszacować, jak komu poszło i dlaczego tak źle.

No i właśnie… Wypełniliśmy bezbłędnie obie karty drogowe, zmieściliśmy się w czasie, dobrze poszedł nam test z historii motoryzacji (a nawet dwa), a zajęliśmy dopiero siódme miejsce w klasyfikacji post 75. Dlaczego? Ano dlatego, że kompletnie położyliśmy krzyżówkę na drugim etapie (aż 4 pkt. karne), popełniliśmy dwa błędy w teście BRD, przeciętnie wykonaliśmy zadanie manualne w postaci strzelania z procy, a jakby nie było już wystarczająco źle, to na próbie zręcznościowej przewróciliśmy słupek i dostaliśmy punktowego karniaka. Dzieła zniszczenia dopełniło to, iż nasz samochód był stosunkowo młody, zatem dobiliśmy się dodatkowo rocznikiem.

Jak to ujął pewien anonimowy rozmówca na mecie, był to jeden z tych rajdów, gdzie o wyniku decydowało to, kto „lepiej rzuca ziemniakami do klozetu”. Kluczowe było zatem nie to, aby dobrze przejechać trasę i wypełnić kartę drogową, a to, żeby dobrze punktować na punktach zabawowych. Nie mamy nic przeciwko tego typu punktom, ale trochę niesprawiedliwe jest, że wysiłek z całej trasy niweczy złe wykonanie zadania, które powinno być dodatkiem do trasy, a nie jednym z bardziej istotnych jej elementów.

fot. Miks Wielokołowy
fot. Miks Wielokołowy

Odnośnie samej trasy, na pewno nie można jej odmówić malowniczości i wielu ciekawych smaczków. Było też dużo przyjemnych dróg, gdzie można było trochę pobujać się po zakrętach. Były szutry, były asfalty, była trylinka, więc trasa była klimatycznie zróżnicowana i za to duży plus. Zdecydowanie zbyt oczywiste były pytania z trasy, aczkolwiek nie da się ukryć, że na widok kilku obiektów z trasy spadły nam kapcie. Naszym faworytem jest gnijący w krzakach ciężki holownik Mack, ale kilka innych porośniętych mchem pojazdów też było niczego sobie. Zdecydowanie zbyt długie były puste przeloty między kratkami itinerera, które czasami były wręcz nużące. Ok, było zadanie na całą trasę polegające na wyszukiwaniu w tekście mijanych miejscowości, ale czasem ich częstotliwość występowania była tak rzadka, że można było o tym zapomnieć. Brakowało jakiegoś urozmaicenia, które wymagałoby skupienia i uwagi przez całą drogę, a tak co kilka kilometrów musiałem budzić pilota, który w drodze od kratki do kratki zdążył zasnąć.

Czy pojedziemy w przyszłym roku? Jeszcze nie wiemy. Nie będziemy ukrywać, że wolimy jednak rajdy, gdzie cały czas coś się dzieje i załoga jest ciągle w pełnej gotowości, ale taka krajoznawcza wycieczka i możliwość zobaczenie kawałka kraju też są jednak warte zainteresowania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *