Klimatycznie na Pradze – III Rajd Praskie Klimaty

W ostatnią niedzielę pojechaliśmy na rajd pojazdów zabytkowych Praskie Klimaty, którego była to już trzecia edycja. Na pierwszej niestety nie udało nam się być, na drugiej już tak, i nawet zajęliśmy pierwsze miejsce, zatem można powiedzieć, iż na trzeciej broniliśmy tytułu.

Pomimo, że cykl rajdów Praskie Klimaty jest dość młody, to już wyrobił sobie porządną markę, co miało odbicie w liczbie startujących załóg, których było około 50, a wśród nich dużo rajdowych wyjadaczy. Rajd miał też niezwykle przyjemny odbiór medialny, pokaźną grupę sponsorów i partnerów, co dodatkowo zachęcało do startu.

Zbiórka i start rajdu miały miejsce w Wawrze, w okolicach, gdzie w tym roku przejeżdżał fragment Rajdu Rembertowskiego. Niestety, przy takim natężeniu imprez ciężko jest uniknąć takich nakładek, a trudno jednocześnie jest tworzyć wszystko od początku, ale osobiście nie uważam tego za problem. Tym większą sztuką jest przyrządzenie tego samego dania w inny sposób, inaczej przyprawionego i z innym zestawem surówek, aby konsument nie czuł, że już to spożywał, tylko w innej restauracji.

Tegoroczna edycja bardzo różniła się od poprzedniej. W zeszłym roku organizatorzy odeszli od konwencjonalnej idei itinerera kratkowego, tworząc coś na wzór rozbudowanego Rajdu Praskiego. Tytułem przypomnienia, do „obskoczenia” była lista adresów w Warszawie, gdzie należało rozwiązać różnie punktowane zadania. Wszystko było tak wyliczone, żeby nie udało się nikomu przejechać wszystkich adresów, dzięki czemu rajd nie rozstrzygnął się na detalach, a na dobrej lub złej taktyce przejazdu. W tym roku powrócono do klasycznego itinerera kratkowego. Czy słusznie? Okaże się.

Po odprawie ruszyliśmy na trasę jako jedna z końcowych załóg, gdyż przypadł nam numer startowy 41. Całość pocięto na trzy odcinki, na które mieliśmy maksymalnie 4,5 godziny. Początkowo sądziliśmy, iż to gruba przesada i że na pewno przyjedziemy dużo wcześniej, a później będziemy usychać z nudów na mecie. Jak bardzo się pomyliliśmy, przekonaliśmy się już na pierwszym odcinku. Ale wróćmy do początku. Do wykonania na trasie mieliśmy standardowy pakiet zadań, to jest jechać według kratek itinerera strzałkowego, po drodze odpowiadać na pytania i szukać zdjęć z kartki, a w międzyczasie rozwiązywać zadania z ludzkich punktów zadaniowych. Pewnym utrudnieniem na trasie był zakaz wjazdu w drogi wewnętrzne, strefy zamieszkania oraz drogi bez przejazdu; w ostatnim przypadku było to możliwe jedynie, jeżeli wynikało to z polecenia. Samo w sobie mogło być ciekawym zagadnieniem, jednak już przy drugiej kratce okazało się, iż w drogę wewnętrzną jednak trzeba wjechać, przez co musieliśmy wykonać jeszcze jedno okrążenie na start i wyjaśnić to z organizatorami. No cóż, znaki dzisiaj są, wczoraj ich nie ma, lub odwrotnie, zdarza się, jedziemy dalej.

Pierwszy odcinek zaliczyliśmy bez żadnych wpadek, z kompletem odpowiedzi i zdjęć, ale… zajęło nam to ponad dwie godziny! Wykorzystanie prawie połowy czasu na cały rajd w perspektywie konieczności przejechania jeszcze dwóch odcinków było mocno niepokojące. I tak było w istocie. O ile drugi odcinek był zauważalnie krótszy i poświęciliśmy na niego jedynie godzinę (co dawało nam zapas trochę ponad godziny na trzeci), to na trzecim zakręciliśmy się jak stąd dotąd. Raz niestety wpadliśmy ponownie w sidła błędu w zapisie trasy, co zabrało nam bardzo cenne 20 minut jazdy. Innymi razami jednak zaoraliśmy się sami, myląc strony (!), a także myląc polecenia, co kosztowało nas kolejne upływające minuty. Wpływ na naszą formę umysłową miała z całą pewnością rosnąca temperatura zewnętrzna, która mocno rozgrzała nam mózgi, ale także bardzo wyśrubowany poziom trudności ostatniego etapu, naszym zdaniem momentami nieco przesadzony. Efekt był taki, że dwa pytania kompletnie odpuściliśmy, bo nie mieliśmy już siły szukać odpowiedzi. I czasu, bo błądzenie spowodowało, iż na metę wjechaliśmy na grubym spóźnieniu. Okazało się, że czas jednak nie będzie się liczył, co być może uratowało nas przez kompromitującymi punktami karnymi. Pocieszające było to, że i tak wjechaliśmy na metę jakoś w 1/3 stawki, podczas gdy startowaliśmy pod sam koniec. Inni mieli zatem dużo gorzej.

Jakie są nasze wrażenia? Trasa była bardzo przyjemnie poprowadzona i właśnie w taki sposób, że wykorzystując znane już okolice nie czuliśmy, że już kiedyś tędy przejeżdżaliśmy. No, może ze dwa razy pojawił się przebłysk „o! tutaj był Rembertowski!” albo „tędy kilka lat temu przebiegały Nity!”, ale w skali całej trasy były to pojedyncze epizody. Cały czas Warszawa posiada nieodkryte miejsca i da się ludzi czymś zaskoczyć. Zwiedziliśmy zielony Wawer, później przenieśliśmy się na jeszcze bardziej zieloną Saską Kępę, zaliczając po drodze betonową Pragę, aby skończyć na Żeraniu, tam gdzie w zeszłym roku odbywał się start i meta poprzedniej edycji rajdu.

Bardzo podobały nam się punkty kontroli przejazdu. Jedyne zastrzeżenie mamy do tego, że były dosyć słabo oznaczone i wjazd na nie nie wynikał z itinerera, a miejsce akcji było nieco oddalone od trasy. Mały detal, ale przez niego prawie ominęliśmy pierwszy punkt.

Na plus też organizacja, bo o ile kilka razy TROCHĘ nie ze swojej winy się zamotaliśmy na trasie, to zawsze telefon ratunkowy kierował nas na właściwe tory. Ergo, trasa była zupełnie przejezdna, mimo dość dużego remontu na Saskiej Kępie. Trasa była opisana bardzo czytelnie, nie było niejasnych kratek, przez co nie było ani razu sytuacji, gdzie oczy nam pękały od myślenia, co autor miał na myśli. Aczkolwiek naszym zdaniem trochę niepotrzebnie zmodyfikowano jeden zapis, przez który także się pogubiliśmy. Na odprawie zostało powiedziane, że skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną to skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną i już. Jednocześnie jednak, skrzyżowanie opisane BEZ sygnalizacji świetlnej ma być skrzyżowaniem BEZ sygnalizacji świetlnej. Trochę się to gryzie ze zwyczajowym zapisem trasy, gdzie skrzyżowanie bez naniesionej sygnalizacji jest po prostu pierwszym napotkanym skrzyżowaniem, które geometrią odpowiada temu w kratce, toteż dużo załóg w miejscu opisanym taką sytuacją (w tym my) się mocno zakręciło. Okej, była o tym mowa na odprawie i bijemy się w pierś, że o tym zapomnieliśmy, ale to trochę tak, jakby nagle prawo stało się lewo, a lewo stało się prawo. Niby wszystko zostało powiedziane, ale lata doświadczeń zrobiły swoje i trudno się przestawić. Jak coś działa dobrze, to powinno takie zostać i już.

Mamy natomiast pewne zastrzeżenia odnośnie merytoryki rajdu. Zgadzamy się, że poziom trudności pytań nie może być zbyt niski, aby rajd nie stał się za łatwy. Zgadzamy tym bardziej, że sami tak robimy. Tym niemniej, niektóre pytania naszym zdaniem były już „przegięte”, bo np. odpowiedzi trzeba było szukać na chodniku (?!), szukać daleko poza trasą (żółty Trabant) albo zastanawiać się, które auto według organizatorów gnije, a które nie, bo czasami było to mocno naciągane. Na trzecim odcinku była kumulacja tego typu elementów, co przy już dość znacznym zmęczeniu rajdem powodowało u nas narastającą frustrację. Do tego jakaś połowa z 70 pytań na cały rajd to było „co tu gnije?”. Pilotka w połowie połowy stwierdziła, że to dosyć monotonne, bo można pytać o wrosty, ale trochę bardziej finezyjnie.

Czy zatem rajd nam się podobał? Zdecydowanie tak! Rajd był wymagający i momentami męczący, ale dzięki temu poziom trudności był naprawdę godny. Nikt nie lubi imprez, które są banalnie proste i wyniki rozstrzygają się na nieistotnych detalach. Organizatorzy zadbali o punkty zabawowe na trasie, dzięki czemu były przyjemne przerywniki, a zadanie z gwarą warszawską zrobiło nam dzień. Same pomysły były świetne i wymagały nieoczywistej wiedzy, dzięki czemu nie były łatwe do „wyzerowania”. Naprawdę trzeba było się wykazać i tym większa była na końcu satysfakcja z osiągniętego wyniku. Także kilka niedociągnięć nie przesłania ogólnie bardzo pozytywnego odbioru rajdu.

A jak nam w ogóle poszło? No cóż, tak jakby całkiem nieźle, bo obroniliśmy pierwsze miejsce z zeszłego roku. Chyba najbardziej zaskoczeni takim obrotem spraw byliśmy my sami, bo naprawdę mieliśmy wrażenie, że poszło nam bardzo przeciętnie, zwłaszcza po wyczerpującym trzecim odcinku trasy. To dobrze oddaje poziom trudności imprezy, że odnosząc subiektywnie kiepski rezultat i tak był on najlepszy. Kolejnym szalenie istotnym faktem jest to, iż różnica punktowa między pierwszym a drugim miejscem nie wynosiła nawet 0,5 punktu.

Tak, za rok też na pewno się wybieramy i to z największą przyjemnością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *