I Rajd Starego Żelaza – zakamarki Nowej Huty

Ostatnio coraz gorzej jest u nas z porządnymi rajdami dla zabytków. Pisząc porządne, mam na myśli takie, które stanowią jakieś wyzwanie nawigacyjne i rozstrzygają się nie tylko na PKPach, SZtach i innych quizach. W tym roku zabrakło nam WUKa, Nitów, Pogoni za Gratem, Rajdu Praskiego – słowem Stado Baranów zrobiło sobie wakacje. Nie twierdzę, że nie zasłużone, bo po tylu latach robienia rajdów można chcieć odrobiny odpoczynku. Spragnieni więc dobrej rajdowej zabawy, która zagotowała by nam konkretnie mózgi podczas rozszyfrowywania kolejnych manewrów, zaczęliśmy interesować się wydarzeniami w miejscach oddalonych od naszego miasta stołecznego. Tak też trafiliśmy na Rajd Starego Żelaza w Krakowie.

Chęć wspólnego wyjazdu wyraził Piotrek z Miksu Wielokołowego i w ten oto sposób w sobotę o 6 rano zatankowaliśmy pełen bak szlachetnego paliwa do naszego rajdowozu i ruszyliśmy do Krakowa. Start miał miejsce pod stadionem KS Wanda w Nowej Hucie. Zresztą po tym rejonie prowadziła też praktycznie cała trasa rajdu.

Co do samego rajdu, to ukłony przed organizatorem – Julkiem Michalskim za poprowadzenie trasy poprzez zakamarki nowohuckich osiedli, w które nigdy z własnej inicjatywy byśmy się nie zapuścili. Ostało się tam sporo klimatycznych tabliczek, a także bardzo malowniczo wrastających samochodów (jest tam taki mikroklimat, że dość szybko pokrywają się warstwą kurzu i mchu, pewnie ma to związek z bliskością huty im. T. Sendzimira). Okoliczni mieszkańcy nie sprawiali rajdującym załogom problemów, pomimo tego że robiliśmy spore zamieszanie na ciasnych osiedlowych uliczkach. Wiele osób było wręcz pomocnych i zagadywało do nas wystając ze swoich okien. Na starcie udało się zgromadzić ponad 30 ciekawych samochodów o bardzo różnorodnym rodowodzie. Ci co lubią Sushi mogli podziwiać Nissana Sunny w rzadkiej wersji Coupe, fani pizzy nie mogli się oderwać od starego fiata multipli, a Ci co lubią piwo i kiełbasę skupili się wokół BMW e30 M3. Chociaż moim prywatnym hitem był Chevrolet Monza – wspaniały wóz. Ciekawe jest to, że jeżeli chodzi o reprezentację aut naszej rodzimej produkcji, to przeważały auta oklejone złombolowymi naklejkami.

Wracając jednak do samego rajdu, pytania z trasy były bardzo ciekawe. Jako punkty kontroli przejazdu zostały użyte mijane znaki ograniczenia tonażu, które trzeba było wpisywać do karty drogowej, a także mijane kapliczki oraz przejeżdżane tory, które trzeba było skrzętnie zliczać. Praktyka bardzo dobra, bo nic nie trzeba na trasie rozwieszać, a załogom jest dość łatwo znaki tego typu przeoczyć, szczególnie jak są skupione na szukaniu kolejnego skrzyżowania, albo odpowiedzi na pytanie.

Skoro już przy temacie kolejnych skrzyżowań, oraz pytań jesteśmy. Itinerer był rozpisany całkowicie z natury, stąd też rajd można było przejechać tylko w jeden określony sposób. Nie dało by się zgubić, gdyby nie to, że było w nim trochę niedoróbek (brakujące drogi, niewrysowane bramy itd.) Tak więc jeżeli jechaliśmy źle, to najczęściej z winy organizatora, a nie naszej własnej. Moim zdaniem lepiej zrobić trudniejszy, ale bardziej dopracowany itinerer, żebyśmy mieli trochę zagadek, a nie nerwy na organizatora. Nowohuckie osiedla, ze swoją masą zakazów, nakazów i dróg jednokierunkowych aż proszą się o jakąś choinkę, albo plan.

Na trasie pojawiły się też żywe punkty kontroli przejazdu. Część z nich były to zadania z Oceny Techniki Jazdy, a część, to zwykłe quizy z wiedzy o motoryzacji. Był też SZ, który polegał na wykonaniu slalomu po bardzo nierównym terenie. Pilot w tym czasie trzymał kubeczek wypełniony wodą i naszym zadaniem było jechać tak, żeby wylało się jej jak najmniej. Dzięki komfortowemu zawieszeniu naszej limuzyny, oczywiście przyjechaliśmy z większą ilością wody niż wyruszyliśmy.

Próby były bardzo ciekawe, punktacja za nie niestety okropna. Za każdą złą odpowiedź w quizie dostawaliśmy 1 pkt karny równoważny z tymi za pytania z trasy tudzież niezauważony znak drogowy. Za OTJty natomiast można było zdobyć punkty 0, 1 lub 5 punktów! Ponieważ jeden quiz był na samym starcie, a pierwszy OTJ tuż za zakrętem, to przed pierwszą sytuacją w itinererze mieliśmy już 8 punktów karnych. Bardzo motywujące.

Stąd też mój apel do wszelkich organizatorów – ważcie punkty za próby zabawowe i SZty. To nie są rajdy nawigacyjne gdzie karty drogowe będą tak zróżnicowane, że będzie można łatwo odrobić punkty stracone w różnych innych konkurencjach. Próby zabawowe, SZty i OTJty to tylko dodatek do rajdu i coś co może pomóc rozstrzygnąć wyniki. Sama nazwa mówi, że są to rajdy turystyczno-nawigacyjne, więc najważniejsze jest dobre rozszyfrowanie trasy i odpowiedzenie na pytania po drodze, dzięki którym poznajemy walory turystyczne miejsc po których jeździmy.

Meta była zlokalizowana w muzeum PRLu w dawnym kinie Światowid. Bardzo ciekawe miejsce, widać że teraz jeszcze nie mają zbyt wiele eksponatów, ale jest duży potencjał na rozwój. Pani przewodnik rekompensowała braki wystawowe ciekawymi historiami. Do tego mogliśmy odwiedzić schron zlokalizowany pod budynkiem, a schrony zawsze są bardzo ciekawe.

Wyniki nie nastąpiły w dniu rajdu, czego się spodziewaliśmy po długości kart drogowych. Ostatecznie zajęliśmy 4 miejsce i zjedliśmy bardzo dobre naleśniki w barze mlecznym na Krakowskim Rynku.

Jeżeli będzie drugi Rajd Starego Żelaza, to na pewno przyjedziemy. Bo potencjał jest spory, a ludzie w Krakowie jak widać spragnieni rajdów. Zresztą my też.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *