Wszystkie Volvo, które miałem (3340)

Ludzie mają różne motoryzacyjne marzenia. Jeden chciałby kiedyś mieć Ferrari, albo przynajmniej Porsche. Inny w ramach swoich masochistycznych zapędów pragnie Syreny 104, albo 105. Jeszcze kolejny, albo kolejna dostaje drgawek kolan od bulgotu widlastych ósemek zza oceanu. Ja natomiast, spośród wszystkich ześwirowań wybrałem sobie to pochodzące ze Szwecji. I nie, nie są to meble i klopsiki z Ikea (chociaż te wielbię mocno). Są to samochody pewnej szwedzkiej marki – Volvo. Niestety ze względu na brak szczęścia do konkretnych egzemplarzy (eksploatowanych przez wiele lat w naszym pięknym kraju), miałem ich już kilka, a z każdym było coś nie tak:

Volvo 850 TDI 1996r.

Moim zdaniem 850 to najlepsze Volvo w historii. Niby przednionapędowe, ale bardzo solidne, dobrze się prowadzące, dynamiczne, no i przede wszystkim pełne wyposażenia. Dwustrefowa klima, tempomat, grzane siedzenia, szyberdach, ABS, w tym samochodzie było wszystko. Pod maską, przyprawiający purystycznych fanów Łosi o palpitacje serca, pięciocylindrowy Diesel prosto z Niemiec. Taki sam jak w Audi A6, czy VW T4. Bardzo dobry, dynamiczny, przyjemnie brzmiący i oszczędny. Osiemsetpięćdziesiątka to był fajny samochód. Niestety nie miał podłużnic. Ze względu na bezpieczeństwo swoje i bliskich musiał odejść. Bezkrólewie nie trwało jednak długo, bo podczas jednego z rajdów wypatrzyłem stojące z kartką (tak dokładniej to kartonem) za szybą rok młodsze kombi.

Volvo v70 AWD 1997r.

Rok młodsze rodzeństwo! Tym razem z podłużnicami, prawilnym, Volvowskim, benzynowym silnikiem i turbosprężarką. Co prawda ta ostatnia dawała jedynie niskie ciśnienie doładowania, ale 193 konie robiły swoje (a jak to brzmiało). Do tego 140 tysięcy oryginalnego przebiegu, jasne skórzane wnętrze – wspaniałość. Niestety postępująca niesprawność napędu na 4 koła, a także tylnego zawieszenia opartego na samopoziomujących nivomatach spowodowała decyzję o kolejnej zmianie. Swoją drogą, warto wiedzieć, że v70 pierwszej generacji jest tak naprawdę zliftingowaną 850. Niestety, wraz z modernizacją drastycznie pogorszyła się jakość materiałów wykończeniowych wewnątrz, a część przełączników i innych elementów elektronicznych została kupiona od Włochów. Tak, panel klimatyzacji przełączał się czasem w tryb świątecznych iluminacji, a przełączniki szyb szły na sjestę. Niestety.

Volvo 240 d24 1992r. (czerwone)

W końcu. Spełnienie największych, motoryzacyjnych marzeń, 240 w kombi. Ze względu na chęć oszczędzania na paliwie i wrodzoną niechęć do instalacji LPG szukałem diesla. Znalazłem, w Łodzi. Samochód nie był zły. To znaczy był bardzo zły, ale ktoś bardzo ładnie przykrył w nim wszelkie niedoskonałości. Był kompletny i dość zadbany. Niestety prędko okazało się, że pod warstwą konserwacji, na podłodze jest żywica, a silnik dawno już przeżył swoje najpiękniejsze dni. Zresztą z tym dieslem to jest oddzielna przygoda, bo mi się wydawało, że on powinien jeździć tak beznadziejnie i w ogóle nie przyspieszać, ale w międzyczasie przyprowadziliśmy z Niemiec drugie Volvo w dieslu (dla Michała), w dużo lepszym stanie. Wtedy zrozumiałem, że ten silnik (d24), kiedy jest zadbany i dobrze wyregulowany, może mieć dodatnią dynamikę. Chwilę wcześniej podjąłem jednak decyzję, że koniecznie muszę do dwieścieczterdziestki włożyć turbodiesla, dlatego na podwórku pojawił się nowy, kanciasty obiekt, dawca.

Volvo 940 d24tic 1991r.

Szukałem i znalazłem. W Rembertowie ktoś (handlarz-laweciarz) sprzedawał jeżdżącą 940, ale z przeznaczeniem raczej na części. Wyrwał ją z jakiegoś parkingu na Ursynowie. Pojechałem, przejechałem się po okolicy i stwierdziłem „biorę”. Ku zaskoczeniu sprzedającego postanowiłem wrócić nią na drugi koniec Warszawy na kołach. W samym środku Mordoru (na ul. Marynarskiej) skończył mi się jednak prąd. Już wtedy panowały tam przebudowy i brak poboczy. Z pomocą pracowników pobliskich korporacji przepchnąłem wóz po chodniku na tyły jednego z biurowców. Tam pan ochroniarz stwierdził, że przebywam na tym terenie nielegalnie (od tej strony nie było ogrodzenia), musi więc zadzwonić po policję. Dał mi jednak ostatecznie 2 minuty na wypchnięcie półtorej tony szwedzkiej stali za szlaban, gdzie radośnie blokowałem ruch czekając na ratunek ze strony Michała. Nie warto psuć się w prestiżowej dzielnicy biurowców, oj nie. Ostatecznie samochód powoli rozkręcałem na części, jednak do przekładki silnika nigdy nie doszło. Dziewięćsetczterdziestkę sprzedałem (czerwonego diesla zresztą też). Kilka lat później spotkałem człowieka, który ten wóz kupił ostatecznie (dwie ręce ode mnie) i wykorzystał znajdujacy się w nim silnik do swojej 940 (podobno był w wyśmienitym stanie). Przynajmniej tyle dobrego 😉

Volvo 760 Turbo 1990r.

O tym samochodzie pisałem już szerzej tutaj. Tak, chodziło o to, żeby kupić Volvo, które na tylnej klapie ma legendarny napis „Turbo”. Było w kiepskim stanie. Skręcało głównie w prawo i gasło na wolnych obrotach (a był to automat). To był jedyny sedan w mojej volvowej historii.

Volvo 240 GLT 1990r.

Szare Volvo. Silnik 2.3, benzynowy, prawdopodobnie fabrycznie wzmocniony do 130 koni mechanicznych. Czy na pewno? Nie wiadomo, bo część układu napędowego była już wcześniej wymieniana (co najmniej skrzynia biegów). Samochód mocno zmęczony i od wielu lat będący w Polsce (zarejestrowany jako składak). Dlaczego go kupiłem? Bo był to wrost, który spoczywał sobie niedaleko mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. Dzięki sukcesywnej akcji kartkowania udało mi się skontaktować z właścicielem. Po krótkich negocjacjach samochód kupiłem. Ze starymi cegłami to jest w ogóle zabawna sprawa. Bardzo ciężko jest je utrzymać w pełnej sprawności, ale żeby doprowadzić je do niesprawności uniemożliwiającej jazdę? Nie wiem co trzeba zrobić. Ten wóz wrastał dłuższy czas pod blokiem, a potem zmyłem z niego mech i jeździłem całkiem normalnie. Miał szperę, była zima, było fajnie. Potem poszedł dalej. Mnie niestety zaczął nękać poprzedni właściciel, twierdząc że część elementów znajdujących się w samochodzie jest nadal jego własnością. Groził przemocą fizyczną i psychiczną, wyzywał. Ja zagroziłem policją. Więcej się nie odezwał.

Volvo 240 d24 1992r. (białe)

Po przygodach z poprzedniego punktu miałem dość Volvo jako takich i całej społecznościowej otoczki wokół nich. Zastanawiałem się: A może to wozy dla świrów? Przecież 240 mieli Kurt Cobain i Sasha Grey. Nie chcę kończyć jak którekolwiek z nich. W końcu jednak stwierdziłem, że mam to gdzieś. Volva mi się podobają, nawet jeżeli jestem wariatem, to muszę znowu jedno mieć. Najlepiej 240, oczywiście w kombi. Kiedy na grupie volvowej pojawiła się oferta sprzedaży białej 240 z dieslem nie czekałem długo. Wsiadłem w pociąg do Poznania i po krótkich oględzinach, oraz stwierdzeniu, że jakoś to jeździ, po raz kolejny stałem się posiadaczem kawałka szwedzkiego złomu. To był dobry samochód, pomógł nam w remoncie mieszkania i przewiózł cały nasz dobytek, ani razu nie klękając na robocie. Niestety z czasem wyłoniła się coraz większa liczba grzybiarskich patentów poprzednich właścicieli (12 lat w Polsce robi swoje). Do tego zrozumiałem, że mam dosyć starych diesli. Sprzedałem również to Volvo, jak na razie kończąc długą linię Łosi w naszej rodzinie. Czy na zawsze? Nie sądzę 😉

6 thoughts on “Wszystkie Volvo, które miałem (3340)”

  1. Z treści felietonu wynika jedynie, że byłeś właścicielem niezliczonej ilości gruzów, nie czyniąc przy nic żadnych inwestycji ani czasowych, ani finansowych.

    ” Ze starymi cegłami to jest w ogóle zabawna sprawa. Bardzo ciężko jest je utrzymać w pełnej sprawności,..” Błaaagam 🙂

    1. Nie jest prawdą to co napisałeś. W 850, v70 i dwie dwieścieczterdziestki wpakowałem naprawdę dużo czasu i pieniędzy. Przy 760 i szarej 240 nie zrobiłem nic poza myjnią – to prawda.

      850 w sumie udało się doprowadzić do stanu zadowalającego. Nie działał jedynie tempomat i grzane siedzenia (kiedyś był ułamany pedał, został przełożony od innej wersji i czujnik nie chciał działać tak jak powinien)

      W V70 ogarnąłem wszystko, tylko wiskoza się skleiła 😉

      A dwusety, no cóż. Wpakowałem w każdą po kilka tysięcy złotych i niezliczoną ilość czasu spędzonego w garażu i nadal było coś do poprawek, w przypadku białej nawet dość poważnych. One bez problemu jeździły i robiły trasy po 500 kilometrów, tylko doprowadzenie ich do perfekcji kosztowałoby nadal równowartość samochodu. Nie mówię już o ukręcających się śrubach, pękających plastikach i kiepskich połączeniach elektrycznych. Z dwusetą robota jest żmudna. Pewnie najlepiej zrobić by jej jeden remont od początku do końca 😉

      Także ogólnie miałem na myśli, że jest z nimi trochę tak, że jedno robisz a drugie się psuje, a przez pełną sprawność rozumiem bardzo dobre działanie wszelkich podzespołów i elementów wyposażenia 😉

      1. No cóż, kilka tysięcy złotych to żaden nakład, a pakiet startowy w przypadku klasyka w dobrym stanie.

        1. Tego zupełnie nie neguję. ALe taki pakiet wymagany przez samochód co pół roku użytkowania, w pewnym momencie każe Ci się zastanowić czy warto inwestować, czy jednak lepiej dać sobie spokój. Szczególnie jak masz kilka samochodów 😉

          1. Mam 7 samochodów, 2 motocykle i motorower. W grudniu 2017 zupełnie spontanicznie i nie wiem po co kupiłem 240. Blacharsko bdb. stan. Mechanicznie również, z racji tego, że długo stała, trzeba było wykonać parę czynności obsługowych. Od tego czasu, ZERO usterek. Samochód pomimo 30 lat nie ma nawet kropli wycieku. Podobne opinie wydają właściciele innych 240-tek. Z jakiegoś powodu ten samochód (przynajmniej z redblockiem) uznawany jest za nezajebliwy symbol trwałości i niezawodności, porównywalny z beczką. Tylko trzeba kupić wyjściowo dobry egzemplarz, a nie strupa.

          2. No to prawdopodobnie kwestia redblock vs d24. Mówi się, że d24 są ogólnie bardziej zajechane, bo były eksploatowane ciężej. Sam silnik też wymaga sporo troski. Przegrzania, pęknięcia głowicy, problematyczna wymiana i ustawienie rozrządu itd. Powiem szczerze, że jeździłem łącznie chyba z 6 egzemplarzami 240 z dieslem i od moich lepiej zachowywał się tylko jeden – przywieziony z niemiec z prawdziwym przebiegiem 270 tysięcy. Ale i tak ciągle są z nim jakieś drobne problemy. Niemniej, żaden z tych wozów nigdy się nie poddał nigdzie w trasie, więc niezawodność można ocenić wzorowo. Pewnie jakby nimi jeździć i się niczym nie przejmować, to by tak jeździły jeszcze wiele lat. No, ale jak się chce mieć egzemplarz w którym działa całe wyposażenie i nic nie stuka, chrobocze i nie wycieka, to praca jest naprawdę syzyfowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *