Miało być Volvo, a wyszło jak zwykle – czyli kurczak po holendersku

Tak się złożyło, że jesteśmy akurat w Amsterdamie. Historia jest zawiła. Mieliśmy jechać po Volvo. Kupiliśmy bilet na niedrogie linie lotnicze, ale Holender stwierdził, że sprzeda samochód komuś innemu. Dokupiliśmy więc bilet powrotny i zarezerwowaliśmy dwie noce w hotelu, w stolicy Holandii. Nie jest to nasz pierwszy raz tutaj. Nie będę też pisał co warto zobaczyć, a czego nie. Chociaż jak chcecie dobrze zjeść, albo kupić jakieś starocie, to zapamiętajcie nazwę dzielnicy: de Pijp.

Przechadzając się po malowniczych uliczkach, w oczy rzuciło nam się parę kwestii związanych z poruszaniem się po mieście w ogóle. Uświadomiliśmy sobie, jak bardzo pewne rozwiązania proponowane przez aktywistów miejskich w Polsce nie mają sensu. Jak bardzo nasze miasta różnią się u podstaw.

Przede wszystkim miasta holenderskie są zaprojektowane inaczej niż nasze. Ulice są szersze: jest miejsce i dla samochodów, i dla rowerów, i dla pieszych (chociaż dla tych ostatnich najmniej). Czasem na ulicy mieści się też tramwaj czy autobus – nie ma problemu. Rowerzysta ma pierszeństwo przed pieszym i przed samochodem. Ścieżki rowerowe mają po 2 pasy, oddzielne światła, pasy do skrętu – słowem, pełną infrastrukturę. Wszędzie znajdują się stojaki na rowery, więc można sobie popedałować do stacji kolejowej, a dalej pojechać pociągiem. Dzielnice mieszkaniowe nie są bardzo oddalone od dzielnic biurowych. Ludzie nie pchają się przez całe miasto w godzinach szczytu, żeby dostać się do pracy. Jadą sobie kawałek rowerkiem, albo samochodem. Tak, owszem – samochodem. Wcale nie jest tak, że samochody są wykluczone z ruchu w Holandii. Mogą wjechać prawie wszędzie – przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności oczywiście. Pod biurami i dworcami są ogromne parkingi, tak żeby każdy mógł bez problemu zaparkować.

Komunikacją miejską wbrew temu co nam się mówi, nie jeżdżą wszyscy. Raczej próżno szukać w metrze czy tramwaju biznesmenów, czy ludzi dobrze sytuowanych. Kogo stać jeździ samochodem. Mimo to w godzinach szczytu nie tworzą się zbyt wielkie korki – jest to zasługą tego o czym pisałem wcześniej – dobrego rozplanowania całego miasta.

Z lotniska w Eindhoven do stacji kolejowej jechaliśmy autobusem. Miał on swój własny wydzielony pas ruchu, gdzieś pomiędzy dwoma pasami dla samochodów, dwoma pasami ścieżki rowerowej i dwoma drogami zbiorczymi, które umożliwiały parkowanie i dojazd do poszczególnych posesji. To była najlepsza podróż autobusem w moim życiu. Zatrzymywał się tylko na przystankach. Nawet sygnalizatory świetlne mają odpowiedni czujnik, który zmienia światło na zielone, kiedy autobus się zbliża. Doznania zupełnie nieporównywalne z szarpiącymi i wiecznie spóźnionymi Solarisami w Warszawie. W Holandii autobus jest dobrą alternatywą. W Polsce żadną.

Kolejną kwestią jest komunikacja podmiejska. W Polsce dojazd z takiego chociażby Grodziska Mazowieckiego, Ożarowa, Nowego Dworu Mazowieckiego, czy Mińska Mazowieckiego, które są oddalone od Centrum warszawy jakieś 30-40km, to ponad pół godziny. I mówimy tu o miastach, które są skomunikowane pociągiem, bo jazda autobusami podmiejskimi to wyprawa na cały dzień. W Holandii? Trasę z Eindhoven do Amsterdamu (130km) pociągiem pokonujemy w 1h15min. Kursuje on (uwaga!) co 10 minut! Tak często to w Warszawie nie kursują nawet niektóre linie tramwajowe.

Warto czerpać wzorce z zachodu, ale trzeba pamiętać, że na prostokątnym fundamencie nie zbudujemy okrągłego budynku. Transport publiczny w Polsce musi dalej się rozwijać, tak żeby każdy miał realny wybór, czym chce jechać. Samo ograniczanie jednego ze środków – najczęściej samochodów, niczego nie zmieni. Musimy w końcu zrozumieć, że nasze miasta nigdy nie będą miastami zachodnimi, bo po prostu są inne. Trzeba to wykorzystać, zamiast na siłę zmieniać.

P.S. Kip to po holendersku kurczak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *