Życie z Alfą Romeo

Włochy. Wspaniały kraj, z którego wywodzi się wiele dobrych rzeczy. Muzyka, jedzenie, samochody. No właśnie. Wozy włoskich marek są ekscytujące, ale nie pozbawione wad. Jedne mają problemy natury mechanicznej, inne elektrycznej, a jeszcze inne po prostu rdzewieją. Nie wiem, czy gdzieś na świecie znajduje się stary włoski samochód, który nie ma chociaż jednej nieuleczonej awarii.

Po drugiej stronie mamy doskonałą stylistykę zapewnioną przez najlepsze studia projektowe na świecie, silniki które aż rwą się do jazdy i podwozia, które powodują, że podczas prowadzenia włoskiego wozu na naszych ustach gości uśmiech.

Wnętrze zaprasza dobrej jakości włoską skórą sygnowaną przez Momo.

Spośród marek z półwyspu Apenińskiego szczególnie moim zdaniem wyróżnia się jedna – Alfa Romeo. Ze sportowym rodowodem, stojąca na pograniczu samochodów dla ludu, a światem luksusu jest chyba najbardziej osiągalnym sposobem na to, żeby poczuć, czym jest prawdziwy włoski temperament. Wzbudza skrajne emocje i to często u jednej i tej samej osoby. Alfę można tego samego dnia kochać i nienawidzić. W jednej chwili jechać po górskich serpentynach z ciesząc się jak szczeniak, który gryzie kość, a w następnym momencie mieć ochotę zrzucić ją ze skarpy. Do tego panowie z pewnego bardzo popularnego programu telewizyjnego o samochodach, powtarzają zawsze – nie jesteś prawdziwym fanem motoryzacji, jak nigdy nie miałeś Alfy.

Ten tył

Zazwyczaj nie lubię słuchać opinii innych ludzi, ale Alfa zawsze przyciągała do siebie siłą magnesu neodymowego. Widziałem dobrze, że będzie jak kochanka, która zruinuje Ciebie i całe Twoje życie, a potem Cię zostawi, żeby zruinować kolejnego właściciela, i kolejnego, aż w końcu spocznie na złomie. Żyła szybko, umarła młodo – to można powiedzieć o większośći Alf. Wozy te kuszą też wyposażeniem i ceną. Można sobie kupić dobrze wyposażoną AR dużo taniej niż porównywalnego Passata czy inne Mondeo.

Dbałość o szczegóły. Logo sportwagon na rolecie bagażnika

I my stanęliśmy pewnego dnia przed decyzją o wyborze „Daily Plastika”. Ponieważ 2 razy zasnęliśmy, 3 razy zebrało nam się na wymioty, raz byliśmy u okulisty i każde z nas po razie umarło z nudów podczas przeglądania ogłoszeń „normalnych” samochodów na OLXie, padła decyzja: Jak ma być nowe, to niech chociaż będzie z charakterem. Akurat na Ursynowie pojawiła się całkiem ciekawa AR 156 od „pasjonata”. Cóż, to tylko 2 stacje metrem – nie zaszkodzi obejrzeć.

Wyróżnik „pasjonata”, model samochodu na desce rozdzielczej

Wóz nie był idealny, ale był całkiem niezły. To nie ma zbyt dużego znaczenia, bo na jeździe próbnej, kiedy wkręcaliśmy rzędową piątkę na obroty wiedzieliśmy, że wsiąkliśmy. Zgadzam się, że jest to jeden z najlepiej brzmiących diesli na świecie. Ja nie słyszałem lepszego. A do tego, jaką to ma dynamikę od samego dołu. Pojemność 2.4 robi swoje. Potem włącza się turbina i robi się lepiej, ale nie jakoś dramatycznie. Wóz jest po prostu bardzo szybki. Reakcja na gaz jest natychmiastowa, hamulce ostre niczym papryczki habanero, układ kierowniczy precyzyjny jak obliczenia fizyka jądrowego. Tak – banan na twarzy pojawia się od razu. Odległości w mieście się skracają. Można załatwić wszystko na czas, oczywiście wpadając wszędzie w prawie ostatniej chwili – w włoskim stylu.

Doskonale brzmiąca rzędowa 5. Co z tego, że na ropę?

Jaka jest za to cena? Przede wszystkim są drobiazgi. Takie, które nie zawsze da się zdiagnozować i nie zawsze opłaca się leczyć. Niektóre same ustępują z niektórymi da się żyć. Tu się zatnie klamka drzwi, tam szyba przy podnoszeniu, czasem nie zadziała pilot, czujnik przechyłu wyrzuci jakiś błąd VDC przy mocnym zakręcie. Pomimo tego, że codziennie rano wsiadasz i jedziesz Alfą do pracy, masz poczucie obcowania z tykającą bombą. Wiesz, że każdego dnia może po prostu wybuchnąć i narazić Cię na koszty. Często rzędu 3-4 tysięcy złotych. A zepsuta Alfa, cóż. Warta jest tyle co części w niej zawarte. Także jak coś się stanie, to tracisz, nie ma innej opcji.

Może lepiej kupić coś francuskiego, na przykład hulajnogę albo rower?

Zresztą po zakupie w 156 trzeba było wymienić tylne amortyzatory i przednie górne wahacze. Okazało się niestety, że wszystko jest tak pozapiekane, że ruszenie jednego elementu powodowało lawinę kolejnych. Skończyło się na wizycie w warsztacie, wymianie praktycznie całego zawieszenia z przodu i z tyłu i na rachunku w wysokości średniej krajowej pensji. A licząc wszystkie części, to porządnej krajowej pensji.

Albo polecieć na wakacje

Pomimo wpompowania bezpowrotnie ponad połowy wartości samochodu w naprawy nadal nie wiesz, co będzie następne. Nikt nie wie ile wytrzymają poszczególne części. Czy 10, czy 100 tysięcy kilometrów. Jeżeli ktoś lubi adrenalinę w życiu – Alfa jest dla niego.

Czy warto kupić sobie Alfę? – zdecydowanie tak. To jest doświadczenie motoryzacyjne jak żadne inne. To, że te samochody mają duszę jest stuprocentową prawdą. Prawdopodobnie można też takim wozem jeździć codziennie do pracy i przez długi czas nic się nie będzie działo. Aga to robi i jeszcze nie musiałem jej holować. Jak znajdziemy w miarę dobry egzemplarz i pogodzimy się z tym, że stracimy na tym interesie pieniądze, to warto się zdecydować. Chociaż na jakiś czas.

Lepiej nie jeździć taką drogą, bo potem będzie drogo

Mogę napisać artykuł o Twoim samochodzie? Napisz: hubert@klasykiplastiki.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *