Mercedes w124 200d

Ostatnio na dwie godziny porzuciłem bycie wegetarianinem. Wyzbyłem się też uprzedzeń, które gromadziłem w sobie od lat. Nie lubię mercedesów, a w szczególności Baleronów. Po pierwsze dlatego, że nie mają w sobie żadnego polotu. Po drugie, taki wóz ma chyba każdy. Jak robimy rajdy w okresie zimowym, to na starcie robi się zlot w124 i w201. Swoją drogą, tego drugiego wozu też nie lubię, ale przynajmniej nie ma takiej okropnej meblościanki na desce rozdzielczej.

Dobra, ale to są myśli które miałem, tak naprawdę nigdy nie mając okazji prowadzić żadnego wozu z gwiazdą na masce. Poprosiłem więc Piotrka, właściciela bordowego w124 200d o przejażdżkę. Stresowałem się przed tym wydarzeniem – a co jeżeli Baleron okaże się fajny?

Zacznijmy od początku. Testowany egzemplarz pochodzi z początku lat 90 i najparwdopodobniej został zmontowany w Karczewie. Najwyraźniej polscy wytwórcy całkiem przykładali się do swojej pracy, bo pomimo bliżej nieokreślonego przebiegu wóz dobrze trzyma się kupy. W tym miejscu daję dwa plusy za ciekawą historię i solidność konstrukcji.

Dalej mamy silnik 200d (om601), czyli dwulitrowego diesla o mocy 75 koni, sprzężonego z czterobiegową(!) skrzynią biegów. Całkowicie nie rozumiem tego znęcania się nad 200d, że w ogóle nie jedzie, że rower jest szybszy itd. Miałem w życiu kilka wolnossących diesli o podobnej pojemności i mocy. Dwulitrowy Baleron na pewno nie odbiega od nich zachowaniem na drodze. Wiadomo, nie jest to demon szybkości, ale za to kultura pracy silnika jest przyzwoita, a do tego spalanie bardzo niskie – w okolicach 5L w mieście – jak twierdzi Piotrek. Także za silnik też daję plusa.

Z zewnątrz wóz mi się po prostu nie podoba. Nie ma żadnych interesujących detali poza gwiazdą – celownikiem. To akurat powinien mieć każdy wóz klasy wyższej – jakąś statuetkę, znaczek, albo coś innego wystającego z przodu maski. Od razu samochód sprawia wrażenie bardziej dostojnego niż jest w rzeczywistości. Trzeba też przyznać, że ogólna sylwetka wozu praktycznie się nie zestarzała. Napisałbym, że nadal wygląda świeżo, ale to tak jakby powiedzieć, że na oddziale geriatrycznym pachnie młodością. Po prostu wszystko zostało od razu zaprojektowane tak, żeby przeciętny 70 latek czuł się jak u siebie w domu.

Gdy tylko zaglądamy do wnętrza w124, uwagę przykuwa deska rozdzielcza pokryta okropną okleiną meblową. Brakuje tylko serwetki na szczycie i foteli bujanych. Te, które zostały zamontowane, są gorsze. Nie dość, że są twarde, to kiepsko podpierają ciało i się nie bujają. Tylna kanapa jest sporo wygodniejsza. Kierownica, której zapomniano zaprojektować, jest przesunięta na prawo od osi fotela kierowcy. Uwagę zwraca hamulec postojowy uruchamiany pedałem, oraz zgrupowanie obsługi instrumentów pokładowych w jednej dźwigience – po lewej stronie kierownicy. Włączamy nią zarówno kierunkowskazy, światła drogowe, jak i wycieraczki. Obok znajduje się pokrętło do włączania świateł mijania i przeciwmgielnych. Dzięki temu, posiadając Balerona w automacie, zupełnie nie musimy posiadać prawej ręki.

Co prawda na konsoli środkowej znajdują się pewne przełączniki, ale nie ma sensu ich używać. Kręcenie pokrętłami od regulacji temperatury nie bardzo zmienia coś we wnętrzu. To samo tyczy się prędkości nawiewu. Myślę, że Mercedes wiedział, że przeciętny emeryt chce w samochodzie mieć temperaturę „w sam raz”. Dlatego pokrętła nie zostały podłączone do układu wentylacji i ogrzewania, a jedynie stanowią atrapę dla tych, którzy pożyczają auto od dziadka. Na meblościance znajdują się jeszcze inne przełączniki: świateł awaryjnych (niepotrzebne) i włączania lampki, która znajduje się nad tylną kanapą. Ten gadżet akurat mi się bardzo podoba. To kierowca decyduje o tym, czy pasażerowie z tyłu mogą sobie coś poczytać, czy nie. Jest też joystick do elektrycznej regulacji prawego lusterka.  O dziwo lewe reguluje się od zewnątrz. Żebym nie zapomniał wspomnieć o prędkościomierzu, którego wskazówka ma silnie rozwiniętą chorobę parkinsona. Na jego tarczy, za pomocą cyfr rzymskich zostały oznaczone maksymalne prędkości, które można osiągnąć na danym biegu. Sprytne. Prawie jak obrotomierz, tyle że bez obrotomierza.

Na końcu mogę jeszcze wspomnieć o bagażniku, bo wydaje z siebie bardzo mroczne „kling” przy zamykaniu klapy. Sam w sobie jest całkiem spory, ale trzeba pamiętać, że ze względu na umieszczenie baku paliwa za tylną kanapą, nie da się go powiększyć. Ba, nie ma nawet żadnego otworu na długie przedmioty.

Jak wysiadłem z Balerona, to miałem mieszane odczucia. Z jednej strony jest trwały, oszczędny i całkiem nieźle się prowadzi. Z drugiej strony nie podoba mi się ani w środku, ani na zewnątrz, a poza tylną kanapą jest po prostu niewygodny. Dlatego jak ktoś chce pojeździć w124 to polecam po prostu wykręcić numer do najbliższej korporacji taksówkowej, a sobie kupić coś ciekawszego.


Mogę przejechać się Twoim interesującym samochodem? Napisz na hubert@klasykiplastiki.pl

8 thoughts on “Mercedes w124 200d”

  1. Ciekawie przeczytać opinię „na zimno” o Baleronie, tym bardziej jako właściciel jednego 😛 Kupując swojego 4,5 roku temu nie spodziewałem się, że tak bardzo zyskają na popularności jako youngtimery – kierowałem się tym, że jako mój pierwszy samochód chciałbym mieć coś starszego, a zarazem o dobrej dostępności części.

    Choć nadal uważam go za wspaniały wóz, to rozumiem dlaczego może się nie podobać. W stylistyce jest rzeczywiście bardzo zachowawczy – plusem jest świetna ergonomia, minusem – brak finezji i polotu znanego z włoskich i francuskich aut. Jedynym szałem były kolory tapicerki, od zwykłej czarnej i szarej, po beżową, kremową, kawową, zieloną, czerwoną i niebieską.

    Co do wygody – z przodu nadal siedzi mi się wygodniej niż w nowoczesnych autach z twardymi fotelami i zagłówkami, których zadaniem jest chyba karne pacnięcie kierowcy w tył głowy na większych wybojach. Nie mam jednak porównania z innymi autami z epoki – może tylko tyle, że niedawno siedziałem z przodu w Volvo 740 i rzeczywiście fotel był jak dla mnie bardziej komfortowy od W124. Obstawiam, że w 240 też jest mięciutko 😛

    1. Akurat kolory tapicerki bardzo dużo robią w w124. Taka konfiguracja zielony lakier + zielone wnętrze, albo czerwony lakier + beżowe wnętrze, kierują mój wskaźnik „podoba mi się” odrobinę na prawo od 0. Rozumiem też doskonale, jakie są powody kupna Balerona, szczególnie gdy spędzam kolejne wieczory leżąc pod cegłą, albo próbując odpalić Citroena 😉

      Co do wygody – oczywiście, że jest o niebo lepiej od wszelkiej maści plastików. Ja akurat porównuję fotele z Fordem Granadą, Citroenem XM i właśnie Volvami 200/700. Tutaj Baleron odstaje. Nie wiem jak by było na mniej wysiedzianym „stołku”, albo w bogatszej wersji z większą możliwością regulacji i bardziej rozbudowanymi punktami podparcia.

      Dzięki za komentarz 🙂

      1. Hehe, z XM-em pewnie mało który się może równać. Z Cytryn to w dzieciństwie miałem okazję jeździć (w sumie być wożonym) C15 i BX-em, lecz niewiele pamiętam jeśli chodzi o komfort i ogólne wrażenia. Najwięcej w tamtych czasach spędziłem jednak na tylnej kanapie niebieskiego Volvo 240 kombi na czarnych blachach WFI, które było tak ukochanym samochodem w rodzinie, że trzymamy jego zdjęcie w antyramie 🙂 Do dziś pamiętam, jak z młodszym bratem ubolewaliśmy nad zamianą Cegły na poliftowe 440 😛

        1. Jak chcesz się przejechać XMem, to po prostu się odezwij 😉 C15 to jedno z moich cichych marzeń, ale zupełnie nie potrzebuję takiego wozu – może kiedyś. Z dzisiejszej perspektywy czasem ciężko zrozumieć zamianę porządnego klasycznego żelaza na jakiś przednionapędowy kawałek plastiku. Ale dla wielu osób liczy się głównie nowszy rocznik, mniejszy przebieg i więcej wyposażenia. 440 to jest w ogóle bardzo ciekawy francusko-belgijsko-holendersko-szwedzki-i-kto-wie-jeszcze-jaki twór. Przejechałbym się. Miałem okazję kawałek jechać 480, z silnikiem 1.7 bez turbo i naprawdę miło się to zbierało. Wnętrze miało bardzo fajny projekt, ale niestety plastiki były fatalnej jakości, a karoseria rdzewiała tu i tam.

          1. A bardzo chętnie, będę się odzywał! 🙂 Wiadomo, z tej perspektywy ciężko zrozumieć taką zmianę samochodu, ale wtedy 440 pewnie wydawała się właśnie nowocześniejsza i lepiej wyposażona. Generalnie w domu miałem bez przerwy cały przekrój różnorakiej motoryzacji, bo ojciec zmieniał samochód średnio raz na pół roku; mam nawet gdzieś listę jego dotychczasowych zakupów, począwszy od Zastavy 750, przez Fiata Argentę, Forda Granadę, Citroena CX, Mercedesy W115, Audi 100 C3, a skończywszy na nowoczesnych wynalazkach typu Citroen C5, albo obecna Dacia Duster, w której właśnie kończy się dwumasa przed 100,000km 😛

            Volvo 480 – bardzo ciekawy wynalazek, nieraz je jeszcze widuję i zawsze chciałem się przejechać. Ponoć straszna skarbonka, ale jeździłbym takim, najlepiej w dwukolorowym nadwoziu. Spojrzałem właśnie na zdjęcia wnętrza tego wozu – chyba wybaczyłbym nawet te słabej jakości plastiki, gdyby deska mi tak pięknie świeciła. Zaprawdę, jest finezja i polot, zupełnie inna bajka niż w pięknym, choć konserwatywnym stylistycznie 740/760.

          2. Volvo 480 szokuje tym bardziej, że zostało zaprezentowane w 1986 roku. A propos świecenia, to w wyposażeniu poza fenomenalnym komputerem pokładowym, klimatyzacją i tempomatem była także podświetlana i podgrzewana dziurka zamka zewnętrznego. Światełko włączało się, jak pociągnąłeś za klamkę zewnętrzną. A i podobno jak błysnęło się „długimi” po zgaszeniu silnika, to uruchamiał się system odprowadzania do domu – światła świeciły się przez kilkadziesiąt sekund. Też wybaczył bym mu bycie skarbonką – gdyby dało się kupić sensowny egzemplarz, bo raczej nie warto bawić się w renowacje takiego wozu.

  2. Powiem tak: jechałem Baleronem Kombi w Bieszczady, ciągnąc lawetę na 2 motocykle. Wysiadłem niezbyt zmęczony. Prawie w ogóle, tak naprawdę. Ponadto porównaj sylwetkę W124 do tego, co było ówcześnie dostępne (szczególnie w USA) – i nie mówię tu o ogólnej fajności, tylko o spójności i całkowicie współczesnym dopracowaniu detali.

    A co do oferty bujnięcia się XM-em… dałoby się podpiąć pod to? Dawno nie wrzucałem żadnego testu. A jako, że kiedyś króciutko śmignąłem jednym, Cegła jest jeszcze bardziej interesująca. W zamian oferuję Skanssena! [oczy Kota w Butach]

    1. Co do wygody i zmęczenia. Możliwe, że po wielu kilometrach wysiadłbym mało zmęczony, ale subiektywne odczucie po przesiadce (akurat wtedy prosto z XM’a) jest takie, że jest mniej wygodnie. Przede wszystkim siedzisko jest dziwnie twarde, jakby nie miało gąbki a jedynie sprężyny pod samą tapicerką.

      Ja akurat lubię stylowy brak stylu amerykańskich wozów z lat 80, ale rozumiem. Pod względem projektowym baleron jest zrobiony dobrze, i nadal, po latach na drodze wygląda tak samo – jak dobry wóz dla emeryta. Wydaje mi się, że większość wozów z tamtych czasów, które były przez kogoś zaprojektowane wygląda nieźle. Gorsze są te generyczne produkty wielkich koncernów projektowane przez „biura designu”, czy jak to tam się mogło wtedy nazywać. Tak właśnie było z wieloma autami GM, czy innych amerykańskich marek.

      Co do XMa, nie widzę żadnego problemu, odezwij się bardziej prywatną drogą 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *