Tyle złego mówi się o sprzedawcach samochodów. A co z kupującymi?

Jak zapewne zauważyliście zrobiliśmy sobie niewielką przerwę od prowadzenia KiPu. Z moich wyliczeń wynika, że był to cały miesiąc. Szybko zleciało. W międzyczasie mieliśmy pewne problemy techniczne, które udało się opanować nie zaburzając ruchu na stronie, bo dzięki braku nowych postów po prostu nikt na KiP nie wchodził.

Czas ten poświęciłem między innymi na lekkie przewietrzenie KiPowego garażu. Z samochodów opisanych w tym wpisie sprzedała się większość. Został tylko XM (polecam) i Panda, która została w sumie kupiona, ale nie odebrana (jeszcze).

Miałem nadzieję, że sprzedaż kilku ciekawych samochodów w niezłym stanie i umiarkowanej cenie nie potrwa zbyt długo. Myliłem się. W ciągu tych dwóch czy trzech miesięcy odwiedziła mnie zarówno telefonicznie jak i osobiście cała plejada dziwacznych ludzi, których ogólnie można scharakteryzować jako zawracaczy głowy. Ostatecznie samochody i tak sprzedały się w ręce osób, które przyjechały z gotówką i po pół godzinie oględzin i rozsądnej negocjacji cenowej kupili samochód. Oznacza to jedno. Na zawracaczy nie ma co tracić czasu i nerwów. A dzielą się oni na następujące kategorie:

Typ z miernikiem lakieru

Samo oglądanie samochodu z miernikiem lakieru nie jest czymś bardzo złym. Bardzo złym jest natomiast zupełne nie branie poprawki na to, że oglądany samochód ma 27 lat i kosztuje około 1/3 ceny idealnych egzemplarzy. Pochylanie się z miernikiem nad każdym elementem i wypominanie, że drugi lakier jest zły (no tak, dziury na wylot są lepsze), jest zachowaniem conajmniej beznadziejnym i we mnie jako sprzedającym kończy się zmianą nastawienia do kupującego na agresywne.

Zresztą, pomagałem sprzedać tacie jego nowszy (z 2006) samochód. Oczywiście również pojawił się pan mierniczy. Szpachli na samochodzie nie wyczuł, ale tu i tam była grubsza warstwa lakieru. Niestety również na elementach, o których malowaniu nie wiedzieliśmy. Trzeba jednak pamiętać, że nawet podczas transportu samochodu do salonu zdarzają się różne szkody, wgniotki i przycierki, są po prostu naprawiane w serwisie blacharsko lakierniczym sieci dealerskiej. Sprzedawca Ci tego nie powie, bo tak naprawdę to nie ma żadnego znaczenia, no ale miernik wykazuje zgrubienie. Dlatego niektórzy kupują nowe samochody z takim urządzeniem. Może to i dobrze, ale 12 lat temu mało kto myślał o lataniu z takim sprzętem po salonach, komisach i prywatnych podwórkach.

Telewizyjny ekspert

W czasach w których w dziedzinie mechanicznie zabarwionych telewizyjnych show królował program Wheeler Dealers (pol. Fani czterech kółek) wszystko było dobrze. Potem Edd China odszedł z programu, a polskie telewizje komercyjne zaczeły wypuszczać różnorakie gnioty oparte na formule „kup grata, odpicuj i zarób”. Nie oglądam telewizji, ale widziałem jeden z takich odcinków na youtube. Oczywiście wszystko jest ustawione i śmierdzi lipą na kilometr. Handlarz przyjeżdża, marudzi chwilę nad samochodem po czym proponuje cenę o około 45% niższą o wywoławczej. Wpędzony w poczucie winy, że za takiego grata chce miliony, sprzedający ochoczo przystaje na propozycje. Co dzieje się dalej nie jest istotne.

A co się dzieje w prawdziwym świecie?

Przyjeżdża typ, łowca okazji. Ogląda samochód, niby dokładnie, ale widać że się zupełnie nie zna. Nie zagląda w najważniejsze miejsca, nie zwraca uwagi na najważniejsze punkty. Samochód mu się niby podoba, ale wymienia 70 rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić, więc może zaproponować połowę tego co życzę sobie za samochód. Może jednak da trochę więcej? Zapomnij. Jego propozycja jest taka i koniec.

Żeby to jeszcze były jakieś rzeczowe uwagi. Dwóch typów chciało robić pełen remont blacharski i malowanie w Volvo 240, które jest jednym z najzdrowszych jakie widziałem i wymaga może ze 3 zaprawek. Inny w tym samym Volvo stwierdził, że silnik chyba kiepsko pracuje i przydało by się wymienić przewody i świece zapłonowe (w wolnossącym dieslu).

Oglądacz

To jest typ, który umawia się z Tobą na sobotę na 10:30, ale spóźnia się o pół godziny, bo o 10:00 oglądał inny wóz. Na 11:00 Jest już umówiony gdzie indziej. Ogląda szybko, niby mu się podoba, nie proponuje żadnych konkretów. Zawsze obiecuje, że zadzwoni, ale nigdy się nie odzywa. Potem na forach opowiada jak to za swoim egzemplarzem przejechał 5000 kilometrów i szukał go dwa lata. Albo szuka nadal.

Roszczeniowiec

Dzwoni i bez żadnych uprzejmości stwierdza, że za godzinę będzie u Ciebie oglądać samochód. Nie obchodzi go że pracujesz, że masz inne plany, albo samochód stoi w garażu 10 kilometrów dalej. Kiedy mówisz mu, że za godzinę nie da rady wietrzy nieuczciwość. Kiedy chcesz mu opowiedzieć coś więcej o samochodzie nie chce słuchać. Kiedy jednak wpuścisz go na plac czy do garażu będzie wkurzony, że samochód ma jakieś wady. Tak, te o których nie chciał słuchać przez telefon.

Ekstremalna wersja tego typu przyjeżdża z daleka i chce możliwości kupienia samochodu za pół ceny, albo przynajmniej zwrotu kosztów dojazdu. Najgorszy przypadek jaki poznałem mówił coś nawet o kosztach hotelu, bo jest już późno, a samochód się do niczego nie nadaje. W takich wypadkach dobrze jest pokazywać auto w więcej niż 1 osobę, bo łatwiej można odeprzeć atak i wystawić kupujących za bramę.

Sprawdzacz maruda

Przez telefon wypytuje o wszystkie szczegóły samochodu. Jeżeli napomkniesz mu o jakieś usterce prosi o sprawdzenie jej w serwisie przed jego przyjazdem, lub najlepiej usunięcie jej. Jeżeli już przyjedzie obejrzeć samochód nigdy nie kupi go od razu. Będzie chciał  umówić się na oględziny u blacharza we wtorek, u mechanika w piątek i u znajomego diagnosty, ale to dopiero jak ten wróci z półrocznego urlopu na Bali. Przecież nikomu nie spieszy się ze sprzedażą samochodu, prawda? Co ciekawe ten typ nie negocjuje ceny. Na propozycje opuszczenia kilku stówek na zrobienie tego i tamtego nie przystaje. Oczywiście nigdy też nie kupuje samochodu, bo przed nim przyjeżdża ktoś konkretny, a ideały są poza jego zasięgiem finansowym.

Ze szwagrem

Kupujący zapowiada się przez telefon „Przyjadę z kolegą, który zna się na tego typu samochodzikach – jest rzeczoznawcą!”. Zachwycony nie jestem, ale się zgadzam. Rzeczoznawca podobnie jak „telewizyjny ekspert” zwraca uwagę na elementy mniej istotne dla danej marki i modelu, a zupełnie pomija walory widoczne dla kogoś kto choć raz miał do czynienia z produktem danej firmy. Odradza koledze zakup, bo wie, że na nim będzie spoczywała odpowiedzialność.

Oczywiście towarzyszem kupującego może być też przysłowiowy szwagier, który będzie kopał w oponkę i udwał eksperta, którym wcale nie jest. Też odradzi zakup. Już 25 z kolei, co przerzuca ten typ kupującego do kategorii oglądacza. Dopiero wycieczka bez szwagra owocuje zakupem.


Jaki z tego morał? Warto czekać na kupca który po prostu przyjedzie i kupi samochód. Szczególnie jeżeli sprzedajemy jakiś stary i w miarę tani wóz. Wiadomo, przy egzemplarzach kolekcjonerskich dopuszczalna jest większa ilość zawracania głowy. Każdy chce sprawdzić co kupuje. Ale bądźmy przy tym normalni i sympatyczni.

No i co najważniejsze. Jak nie znamy się na samochodach, albo mamy problem z asertywnością to pokazujmy samochód z kumplem. Zawsze będzie łatwiej posłać do diabła jakiś nienormalnych kupujących. A niektórzy z nich mają całkiem spore karki. Niestety.

One thought on “Tyle złego mówi się o sprzedawcach samochodów. A co z kupującymi?”

  1. Dobre.
    Miałem kiedyś jeszcze rozkręcacza, poodrywał mi boczki z drzwi, dywaniki w popodnosił tak że wyciagał z pod listew…podziękowałem to jeszcze miał pretensje.
    I miałem jeszcze kiedys PKN – pierwszy klient najlepszy – zaproponował cene 20% niższą , nawet nie bardzo ogladał – powiedział ze ma kupca na takie auto /T5 long, klima, 2xdrzwi/ i że tylko dziś jest oferta i nie sprzedam za te cene długo. Nie zdecydowałem sie. Po 3 miesiacach sprzedałem za cene 30% niższą… Uff..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *