Rawa to nie Warszawa, czyli Pandą (Selectą) po Selectę (Pandę)

W Rawie Mazowieckiej byłem jeden raz w życiu. Zostałem prawie pobity na tamtejszej stacji Orlen. Był niedzielny wieczór i służyła ona bardziej za miejsce nabywania trunków wysokoprocentowych, niż wysokooktanowego paliwa do samochodów. Miałem to nieszczęście, że po zakończeniu tankowania i odstaniu paru minut w kolejce, postanowiłem jeszcze umyć szyby w samochodzie, który nadal stał pod dystrybutorem i niestety miał tablice rejestracyjne rozpoczynające się na literę W.
– E, koleżko to nie jest myjnia, tylko stacja benzynowa – usłyszałem głos dobiegający gdzieś z okolic Volkswagena Golfa stojącego kawałek za mną. Chciałem odpowiedzieć, że stacja benzynowa to nie sklep monopolowy, ale zamiast tego wyjaśniłem uprzejmie –  Te wiaderka z wodą stoją tutaj właśnie po to, żeby z nich korzystać.
– Może u was. Rawa to nie Warszawa! – krzyknął wyraźnie uradowany ze swojego rymu autochton – zjeżdżaj spod tego dystrybutora, bo inni też chcą tankować – dodał. Zajrzałem do Golfa, rozejrzałem się po tuzinie Passatów i szybko zsumowałem grubość karków wszystkich pasażerów. Zawahałem się. Spod chmury wyszły ostatnie promienie wieczornego, letniego słońca. Odbiły się od czyjejś łysej głowy i od łańcucha opasającego jedną z szyj. Złożyłem broń w postaci myjki na patyku i, ku uciesze miejscowych oraz swojego protetyka, wsiadłem do samochodu.

Zatrzymałem się 5 metrów dalej i dokończyłem mycie. Nie wiem, czy wtedy odjechałem z Rawy z tarczą, czy na tarczy. Na pewno nie wracałem przez Tarczyn i postanowiłem, że raczej tam nigdy nie wrócę (do Rawy, nie do Tarczyna).

Dlatego też, kiedy nasz znajomy miłośnik małych włoskich samochodów ze skrzynią CVT (Pand oczywiście) zadzwonił do mnie z pytaniem, czy pojadę z nim do Rawy po Selectę, byłem nastawiony sceptycznie. Postanowiłem jednak przełamać swoje opory.

Do załogi dokooptowałem jeszcze Maćka i po wtłoczeniu się w wyjątkowo przestronne wnętrze pistacjowej Pandy ruszyliśmy w trasę. Mariusz, właściciel rzeczonego samochodziku ostrzegał mnie, że jego skrzynia średnio działa i ciężko będzie osiągnąć dobrą prędkość przelotową na drodze ekspresowej. Nie wierzyłem mu zbytnio. Okazało się jednak, że pod górkę jedziemy 60km/h, po płaskim 80, ale za to z górki dwa razy przekroczyliśmy setkę. Nie było tak źle, tylko trochę przerażające były wyprzedzające nas tiry.

Panda wystawiona w Rawie była odrobinę zbyt droga. W zamian oferowała lekko dziurawy faltdach, działającą skrzynię CVT, całkowicie zdrową podłogę, masę rys i wgniotek na karoserii oraz bardzo zmęczone wnętrze. Clou programu była jednak nie wbita w dowód instalacja LPG, założona z powodu… Wysokiego spalania Pandy. Jako ciekawostkę nadmienię, że podczas negocjacji cenowych, po zejściu do pewnego pułapu, sprzedający prosił, żeby mógł zostawić sobie tą instalację, wtedy opuści cenę bardziej.

Ostatecznie wróciliśmy jedną Pandą. Negocjacje pozostały jednak otwarte. Ja przekonałem się, że mały włoski samochód, nawet jeśli jest zepsuty, może dawać masę frajdy z jazdy. A, no i odczarowałem sobie Rawę. Byłem nawet na wspomnianym wcześniej Orlenie i było całkiem sympatycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *