O tym, jak Wartburga ożywić próbowaliśmy

Były takie czasy, że znane skądinąd Stado Baranów organizowało rajd graciarski, o dumnej nazwie „Festiwal Nitów i Korozji”. Specyficzne poczucie estetyki organizatorów, zgodne z nazwą wydarzenia, udzielało się szczególnie podczas rozstrzygania konkursów elegancji. Zdobycie trofeum w tej dziedzinie było dla wielu uczestników ważniejsze, niż wygrana samego rajdu. Cała sytuacja rozbudzała w narodzie niesamowite pokłady kreatywności, a także magicznej mocy ożywiania dawno zapomnianych samochodowych trupów. Żeby chociaż ten jeden raz, o własnych siłach dojechały na miejsce startu, przejechały rajd i zapewniły właścicielowi miejsce na kartach rajdowej historii.

Nie inaczej było z nami. Przed jedną z edycji „Nitów” (jak się później okazało ostatnią), postanowiliśmy wskrzesić Wartburga, który stał na pewnej posesji pod Żyrardowem. Na działce był dawniej szrot, a Wartburg był ostatnim tego wspomnieniem, zachowanym pod postacią całego, jednolitego samochodu. Nikt nie pamięta dokładnie jak się tam znalazł. Najpierw długo wrastał przy płocie (nawet zagnieździły się w nim osy, albo jakieś inne bzycząco-kąsające owady), a potem wjechał do niewielkiej hali – podobno o własnych siłach. Minęło wiele lat, a Wartburgiem nikt się nie interesował, no może poza myszami i pająkami.

W końcu do akcji wkroczyliśmy my (Hubert, Michał i Maciek). Napompowaliśmy koła, wyciągnęliśmy samochód z głębokiego kąta garażu i zaczęliśmy działać. Po drodze napotkaliśmy sporo problemów. W silniku nie było żadnej kompresji, woda wlana do układu chłodzenia uciekała przez ogromną dziurę w bloku silnika, a układ zapłonowy został dawno zjedzony przez ząb czasu i myszy. Niemniej, po budżetowym odtworzeniu najważniejszych elementów potrzebnych do tego, aby dwusuwowy silnik działał, przystąpiliśmy do prób odpalenia.

Pomimo wielu rad, uzyskanych od bardziej doświadczonych w kwestii uruchamiania dawno zastałych dwusuwów kolegów, polegliśmy. Udało nam się jednak włączyć rozrusznik, dmuchawę i lewe przednie światło. Od ożywiania trupa bardziej przypominało to seans spirytystyczny, gdzie nad dawno poległym ciałem pojawił się duch dawnej świetności wozu z Eisenach.

Co stało się potem? Nity się skończyły, Wartburg znalazł nowego właściciela, a nam zostały zdjęcia i wspomnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *