Land Rover Seria III 109 Station Wagon

Pierwszym stricte moim samochodem była fura nie byle jaka… mianowicie LR Seria III 109 SW – dość nietypowy, bo nie miał szyb w części bagażowej, czyli po prostu „TOWOS”. Landek dostał imię Maniek i tak zostało. Pierwsza rejestracja 1 lipca 1975. Samochód najprawdopodobniej był zmontowany w RFN-nie przez tamtejszą montownię Land Rovera. Dlaczego Land Rover? W sumie to zawsze chciałem mieć terenówkę, a Landki „z cofniętym przodem” były absolutnie klasykami klasyków. Patrząc z perspektywy czasu muszę przyznać, że zakup był impulsem chwili. Po prostu wybrałem pierwsze lepsze ogłoszenie, kompletnie nie zastanawiając się nad sensem swojego działania – chciałem mieć fajne niepowtarzalne auto, najlepiej zabytek. Brat pojechał do Łodzi, obejrzał i powiedział „spoko”. To jak tak, to zamówiliśmy lawetę i z kumplem Dawidem pojechaliśmy po sprzęt. Sprzedawca, jak podpisywaliśmy umowę, (jeszcze tego z braku doświadczenia, nie wiedziałem), miał wyraźną ulgę na twarzy. Jakoś mojego niepokoju nie wzbudził fakt, że auto było od półtora roku na nieważnych próbnych numerach. Mańek stał się moją własnością w piątek 13 sierpnia 2004. Data nie była pechowa, jeśli nie liczyć tego, że w lawecie w drodze powrotnej zabrakło benzyny i to tak na 1,5km przed stacją. Na szczęście perspektywa pchania lawety nas ominęła, bo kierowca miał ze sobą baniaczek po wodzie oligoceńskiej, w której przyniósł 5 litrów wachy, żebyśmy mogli dotoczyć się do CPN-u. Jak już dojechaliśmy do domu, to zobaczyliśmy liczny tłum znajomych tworzący komitet powitalny. Pierwsze jazdy po osiedlowych uliczkach skończyły się szybko, kiedy to wyjeździliśmy resztkę gazu. Benzynę trzeba było podłączyć wężykiem z kanistra, z kabiny, żeby jeździć. Po spokojnych oględzinach okazało się, że Land Rover posiadał m.in. oświetlenie firmy Hella, (z czasem wymieniłem na angielskiego na Lucasa, jednak do końca zostały reflektory główne – Bosch). Auto posiadało zdwojoną instalację elektryczną, którą można było dostosować do 24V (wojskowa wersja) i wyprowadzić prądnicą na zewnątrz, jeśli ktoś takową posiadał. Rama Export LHD. Tylny most cywilne Salisbury. Nie regulowalny gaźnik Zenith 36IV wymieniłem na Webera, hamulce (jednoobwodowe). Silnik 2,25 benzyna 5 podporowy. Po numerze nabitym na bloku, wyszło, że jest to silnik wojskowy. Oznaczało to, że pomimo posiadania przeze mnie katalogu części i tak musiałem z każdym zużytym elementem jeździć do sklepu, i tam zasięgając wiedzy fachowej dobierać odpowiedni nowy. Spalanie jak w instrukcji 13 l/100km. Generalnie Maniek miał wszystkie możliwe patenty off-road’owe z okresu. Np. dożywotnią, szczelną cewkę zapłonową, rodem z wojska, wzmocnione tylne resory, oraz przedni most. Ponadto posiadał drugą cewkę, zamontowaną między grillem, a chłodnicą. Po co? Nie wiem… Posiadał też chłodnicę bez kranika do spuszczania płynu chłodzącego. W każdym innym Landku, normalnie był taki kranik, w moim nie było. W sumie to było logicznie. W Afryce dolewało się wody do chłodnicy, a nie spuszczało.

Samochód kupiłem z kompletem pustynnych opon balonowych Pirelli Dakar. Ze względu na brak bieżnika, zasadniczo nie dawało się na nich jeździć (palenie gumy na światłach – tak, tak to było możliwe…). Żeby nim w ogóle dało się nim jeździć to w mechanikę trzeba było włożyć trochę pracy. Z elektryką było podobnie – zaśniedziałe całe kable, a nie tylko końcówki. Maniek posiadał lakier typu „odrapany ciemnozielony” z białym dachem. Pierwotnie samochód był malowany na pistacjowy, biały, piaskowy i po drodze na pewno był khaki. Wnętrze wyłożone było drewnem w stylu lat ’70 ze sztruksową podsufitką, przednie fotele najprawdopodobniej pochodziły z Forda Transita. Posiadał drewniany stolik w tylnych drzwiach. Zrobione od początku przez Niemca. Z tego, co się dowiedziałem, to samochód jeździł w latach 1975 – 2003 na wyprawy z Niemiec do Afryki (wszędzie nawbijany mam pustynny pył…). W listopadzie 2003 trafił do III RP, jako zabytek. Poprzedni właściciel nic jednak nie zrobił z dokumentacją. Za to zdążył naprawić skrzynię biegów, założyć LPG 80 litrów bez homologacji i wymienić przednie resory na jakiś lokalny szuwaks od kowala.

Po pierwszej solidnej jeździe od własnego ojca usłyszałem: „Synu, Starem było by Ci łatwiej jeździć, tam przynajmniej jest wspomaganie”. Faktycznie w Land Roverach z tamtego okresu nie było wspomagania, tzn. było, ale tylko na hamulce, ale jak przypadkiem zgasł silnik to normalnie tona siedemset na drodze i śmierć w oczach i nie ma przebacz. Sam proces rejestracji trwał chyba z rok. Z jednej strony dokumentacja, z drugiej mechanika i detale, np. szyby w bocznych drzwiach podobno nie mogą być z pleksi, więc trzeba było je zamienić na hartowane szkło. Wiele spraw wyszło też na jaw. Niestety trzeba było się pogodzić z faktem, że Landek był zajeżdżonym trupem. Na przykład, jak się włożyło przez dziurę w ramie latarkę i zaświeciło, to rama przez dziurki rozbłyskała blaskiem niczym krążownik Imperium. Wywaliłem od razu niehomologowaną 80 litrową butlę na gaz. Przegląd wieczysty, był sam w sobie ciekawy. Po pierwsze, od razu wokół Mańka zgromadził się tłum gapiów, którzy czekali na swoją kolej (Landek, jako ciężarówka przechodził próby na stanowisku dla ciężarówek). Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem „jak to w latach ’70 jeździłem takim w Afryce”… Diagnosta pomylił pedał hamulca ze sprzęgłem, no i mówi, że sprzęgło nie działa, Ja mu na to, pan ciśnie hamulec. To jakby rozładowało sytuację. Potem na rolkach wszystkie cztery zegary pokazały dokładnie identyczną siłę hamowania. Jednak do przeglądu trzeba było podejść jeszcze raz, bo na przednich wieszakach od resorów, które z oryginałów wymieniono na jakiś lokalny szuwaks były dystanse zrobione z nasadek od kluczy nasadowych.

Generalnie, kiedy już dostałem żółte tablice to było „łał”. Świat był piękny. Wtedy też okazało się, że Land Rover jest rasową legendą. I prawdą jest, że legendy takie jak Willys, Land Rover, Harley, to są legendy. Jak chcecie mieć coś porządnego kupcie coś japońskiego.

W Landku bez przerwy było coś do zrobienia. Od elektryki po ukręcone półosie, które okazały się rzadkie, tzn. fabryka zbierała zamówienia z całego świata, po czym raz na trzy miesiące robiła partię 100-150 szt. Ja miałem cywilne Salisbury, które było jedynym tego typu mostem w Polsce. Do wymiany sprzęgła musiałem kupić dźwig warsztatowy, bo w książce było napisane: „aby uzyskać dostęp do sprzęgła, należy cofnąć skrzynię biegów o 30 cm” tylko nie dodali, że skrzynia biegów waży 250kg…

Ale były też plusy. Land Rover, jako samochód był tak przemyślaną konstrukcją, że każdy i to dosłownie każdy bez przygotowania mechanicznego mógł go naprawić. Wszystko było tak pomyślane, że nie dało się pomylić np. lewej strony z prawą. Landki były jak zestaw Lego dla dorosłych. Proste do bólu. Ciężkie i toporne, ale proste.

Landek był samochodem z duszą. Nigdy nie zawiódł, ale miał swoje humory. Zawsze dowodził na miejsce i tam potrafił się zepsuć. Pamiętam jak dziś, jak pojechałem na rozmowę o pracę. Podjechałem pod biuro i poszedłem na rozmowę. Po jakimś czasie wyszedłem i próbuje go odpalić, a tu nic i to dosłownie. Obok Mańka stał, właściwie siedział na rowerku z bocznymi kółkami, jeden malec. „Ploszę pana, jemu to się światła paliły… o te małe”- pokazał palcem na przód samochodu. No i już wiedziałem, że akumulator poszedł w pi… A, że korby nie miałem, to wróciłem do domu z akumulatorem. Podładowałem go przez noc i rano pojechałem po Landka. Pracy nie dostałem.

Innym razem pojechałem do Puszczy Augustowskiej na wakacje. Na miejscu było AAAAAA !!! Las, terenówka normalnie szał. Jedna z pierwszych wypraw do pobliskiej wsi. Jadę, dojeżdżam na miejsce, Maniek zakrztusił się i zgasł. W kabinie czuć było zapach benzyny. Co jest? – pomyślałem. Obszedłem samochód i z tyłu ukazał mi się wiszący zbiornik i kałuża benzyny. W zbiornik wchodziło 78 litrów. Na wybojach pod własnym ciężarem zbiornik się oberwał, bo tylna belka była już tak przeżarta przez rdzę, że nie utrzymała tematu. Przez wieś przejechałem na tym, co było w gaźniku, przy okazji zostawiając za sobą rzekę benzyny. Na szczęście ludek tam był biedny i nikt we wsi fajek nie palił, bo jakby ktokolwiek rzucił niedopałek, to podpaliłbym całą wieś… Naprawa w lokalnym warsztacie kosztowała mnie 300 peelenów, przy okazji na liczniku odnotowałem, że mechanicy sobie nim pojeździli po okolicznych polach.

Sama jazda? Było w Mańku coś takiego, że wsiadając za kierownicę, miało się duże poczucie bezpieczeństwa. Land Rover tak jakby „przytulał kierowcę”. Miejsce dla szofera było ciasne, co było spowodowane tym, że dla Anglika „właściwe” miejsce było po prawej stronie. Do tego dochodziło koło na masce i widok przed przednią szybę jak w wizjerze czołgowym. Koło na masce zawsze budziło sporą sensację, zwłaszcza wśród dzieci i dziewczyn. Jedna kiedyś wdrapała sie na maskę, usiadła na kole i kazała się przewieść wokół bloku. Dzieci też uwielbiały Landka, a szczególnie kręcić kierownicą i szarpać za jedyną dźwigienkę przy niej. Służyła do włączania kierunkowskazów i jako klakson. Co do samej jazdy, to trzeba było się przyzwyczaić do tego, że kierownicę trzymało się „małpim chwytem”, bo potrafiło wyrwać ją z ręki, a do tego leżała ona „na jajkach”. Biegi były cztery do przodu i jeden wsteczny, Jedynka wchodziła dosyć płytko, co było ważne przy ruszaniu, bo wsteczny wchodzący „normalnie”, był tuż obok. W czasie jazdy operowało się w zasadzie tylko trójką i czwórką. Landkiem nigdy nie osiągnąłem „stówy” na szosie, bo przy dziewięćdziesiątce skrzynia biegów sama zrzuciła bieg. Do tego dochodził hałas w kabinie. Land Rover Seria, jako rasowa terenówka nie posiadała żadnego wyciszenia. Tylko czystą gołą blachę. Przy sześćdziesięciu, nie można było już swobodnie rozmawiać z pasażerem, przy osiemdziesięciu hałas zabijał. Po 10 godzinach jazdy w hałasie, człowiek wysiadał „pijany ze zmęczenia”, no i nie polecam jazdy na kacu – masakra. Z plusów, to szybko człowiek się przyzwyczajał, że nie trzeba się było przejmować dziurami w jezdni, krawężnikami i czymkolwiek leżącym na drodze. Prześwit w Serii był potężny. Można było swobodnie leżeć pod samochodem i coś naprawiać, bez potrzeby użycia podnośnika. W czasie jazdy trzeba było tylko uważać na latarnie i większe drzewka. Te mniejsze, oraz słupki od bram można było śmiało brać „po czołgowemu” pod zderzak. No i przełożenia w reduktorze były tak dobrane, że nawet zasypany po osie w żwirze czy piachu zawsze wyjechał. Zawsze.

Dynamika jazdy była zadowalająca, zwłaszcza w ruchu miejskim, pomijając manewrowanie, które było straszne. Landek posiadał sztywny przedni most zakończony kulami, co powodowało, że promień skrętu był jak w lotniskowcu na morzu. Kiedyś na Połczyńskiej (w Warszawie – przyp. red.) chciałem zawrócić na skrzyżowaniu. Jezdnie po trzy pasy w obie strony. Wjechałem na skrzyżowanie, nawrót i jadę, jezdnia mi się skończyła, dalej był chodnik, i pole truskawek. Ku uciesze gawiedzi, po łuku z pola wróciłem na jezdnię i zająłem prawy skrajny pas ruchu.

Co do samego ruszania z pod świateł, to kiedyś około 4-5 rano na Górczewskiej (też w Warszawie przyp. red.) zatrzymałem się na „pol pozyszyn” koło Żuka. Żuk, podobnie jak Landek ma rzędową czwórkę, tylko pojemność mniejszą, bo 2100 (w Mańku było 2286), ale moc była podobna. On był załadowany, towarem, co wyrównywało szansę, Bo Seria była dużo cięższa. Żółte – Zielone i ruszamy, normalnie wyścig na ćwierć mili. Niestety Żuk wygrał.

Dobrze było też pamiętać, że przejeżdżając przez większe kałuże woda wlewała się wszystkim otworami do wnętrza kabiny, począwszy od dziur w podłodze, przez klapki nawiewu w podszybiu, a kończąc na dachu. Tak na dachu. Ponieważ przednie koła są praktycznie za zderzakiem powoduje to efekt ściany wody. Do wody trzeba było wjeżdżać powoli i spokojnie. Głębokość brodzenia wynosiła około 120cm. Owszem, woda wlewała się do kabiny, ale że w środku była goła blacha, to bez szkody wylewała się spowrotem przy wyjeździe.

Na koniec chciałem wspomnieć jeszcze o tym, że z jakiejś bliżej mi nieznanej, przyczyny Mańka kochały zwierzęta. Począwszy od gniazda os, które było między podsufitką, a dachem, przez mrówki i pająki, po koty. Kiedyś remontując sprzęgło pod blokiem zdjąłem płyty podłogowe, aby mieć dostęp do skrzyni biegów. Robota dłuższa, więc w jeden dzień się nie wyrobiłem. Wracam następnego dnia, otwieram drzwi, a tam kocie główki wystają ze wszystkich zakamarków. Okazało się, że samochód nagrzał sie w dzień od słońca tak, że w nocy koty miały cieplutko. Idealne miejsce do spania. Były bardzo niezadowolone, że musiały wysiąść.

Mańka sprzedałem 6.11.2014, nie bez żalu, ale remont okazał się nieopłacalny. Land Rovery są konstrukcją aluminiową, na stalowej ramie. I niestety aluminium też koroduje. Remont jest dosyć żmudny, i mało kto chciał się go podjąć. Teraz większość warsztatów jak nie ma przysłowiowej wtyczki do komputera, gdzie za samo włożenie do gniazda bierze pięć dych to nawet nie podchodzi do tematu. Zrobione egzemplarze, które kosztują 40-60 tysięcy, odzwierciedlają koszty poniesione na remont. Jednak za 60 tysięcy można mieć rocznikowo luksusowe auto, które też przyniesie frajdę z posiadania.

Z ciekawostek, Maniek został sprzedany pod Łódź, a wypłynął w 2016 roku na ogłoszeniach z rejestracją otwocką. Raczej nie był wyremontowany sądząc po zdjęciach i myślę, że to nie było jego ostatnie słowo.

(zdjęcia: Marcin „Cichy” Cichocki; Wojtek Sokołowski)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *