Ford Granada – leniwe wakacje

Do połowy lat sześćdziesiątych XX wieku Ford angielski i Ford niemiecki to były dwie, w zasadzie niezależne filie amerykańskiego koncernu. Stąd w Wielkiej Brytanii mieliśmy Anglię, Consula, Zodiaca, Zephyra i Cortinę a w Niemczech różnej maści Taunusy, od P1 do P7, w których nie idzie się połapać. Z czasem jednak samochody stawały się coraz bardziej złożone, wdrożenie nowego modelu do produkcji stawało się coraz bardziej kosztowne, a Europejska Wspólnota Gospodarcza zdecydowanie ułatwiła przepływ towarów między poszczególnymi krajami. Zamiast wytwarzać produkty lokalnie na rodzime rynki, coraz bardziej opłacało się połączyć siły. Tak powstał Ford of Europe. Niemieckie i angielskie Fordy zaczęły być jednakowe.

Pierwszy wspólnym modelem był Transit który zastąpił niemieckiego Taunsa Transita i angielskiego Forda Thames’a. Poźniej był Escort, Taunus TC/Cortina aż w końcu 1972 pojawił się nowy wspólny model flagowy – Granada.

Na początku Granada była produkowana zarówno w Dagenham pod Londynem jak i w Kolonii w Niemczech. No i w związku z tym, były Granady angielskie i Granady niemieckie. Różniły się nie tylko stroną po które zamontowana jest kierownica. Inne były też silniki. Auta z Dagenham miały jednostki o nazwach Essex. Silniki wozów z Kolonii nazywały się  – a jakże by inaczej. Cologne. Żeby jeszcze bardziej zamieszać, w Anglii tańsze i słabsze wersje Granady, w ogóle nie nazywały się Granada, tylko Consul. Nadal więc Anglicy mieli swojego dużego Forda, a Niemcy swojego. Ale gdyby nie zaglądać pod maskę i przymrużyć oczy na szczegóły galanterii to wszystkie te samochody wyglądały tak samo.

Produkcję w Dagenham powoli jednak wygaszano i druga generacja Granady, która weszła na rynek 1977, była wytwarzana już wyłącznie w Kolonii. Ilu klientów interesuje się jednak tym, gdzie został wyprodukowany samochód, który kupują? Dla Anglików Fordy to były samochody angielskie i Granadę dalej traktowali jak swoją. Tym bardziej, że od 1985 roku mieli u siebie jeszcze trzecią generację Granady, która wszędzie indziej nazywała się Scorpio. Zresztą – mam wrażenie że wielu Brytyjczyków do dzisiaj myśli o Fordach jak o rodzimych samochodach.

Po co o tym wszystkim piszę? Otóż przez kilka miesięcy flagowym wozem KiP-u była wspaniała Granada drugiej generacji. Auto amerykańskiego koncernu, trochę jakby niemieckie, trochę jakby brytyjskie, z nazwą pochodzącą od hiszpańskiego miasta, założonego niegdyś przez Arabów… Toż to przecież jakiś kundel. Ale czy nie jest tak, że właśnie kundle wywołują w nas najwięcej pozytywnych emocji?

Nasza Granada też spotykała się głównie z pozytywnymi emocjami. Wszyscy byli nią zachwyceni. Również osoby które w ogóle nie interesują się samochodami. Ludzie, którzy na jakiś inny samochód w ogóle nie zwróciliby uwagi, Granadą byli oczarowani. Co było źródłem tych wszystkich pozytywnych wrażeń?

Po pierwsze – Granada ma świetną prezencję. Jest to modelowy wręcz przykład trójbryłowego samochodu z idealnymi, klasycznym proporcjami. Długa maska, wyraźnie zarysowana część pasażerska i wyraźnie oddzielony bagażnik. Jednocześnie,  mimo dość sporych rozmiarów, wygląda lekko i przejrzyście. Do tego i w środku i na zewnątrz wygląda jak klasyk. Mam wrażenie, że dla zupełnych laików samochody nawet z drugiej połowy lat osiemdziesiątych wyglądają zupełnie zwyczajnie. Granada prezentuje się jednak zdecydowanie jak auto z poprzedniej epoki.

Po drugie  – Granada ma niezwykle komfortowe wnętrze. Nie dość, że jest w niej mnóstwo miejsca, to jeszcze wszystko obite jest przyjemnym w dotyku welurem. Fotele są mięciutkie i przytulne. Wszędzie – w drzwiach, na tylnej kanapie i między przednimi fotelami – są wygodne podłokietniki. Zagłówki przypominają raczej poduszki. Całość, akurat w naszej Granadzie, była dodatkowo w niezwykle gustownym i uspokajającym zielonym kolorze. Wszystko to razem powodowało że w samochodzie można było poczuć się jak w domu. Aż chciało się założyć kapcie. Niektórzy pasażerowie podróżujący z tyłu twierdzili, że w mieszkaniu nie mają takiej wygodnej kanapy. I rzeczywiście – ze wszystkich samochodów którymi miałem okazję podróżować w drugim rzędzie siedzeń, Granada była zdecydowanie najwygodniejsza. Gdy siadałem na jej tylną kanapę zawszę myślałem sobie „ Ja już stąd nie wychodzę” (tak samo mówi w Volvo 240 – przyp. red.)

Po trzecie – Granada rzeczywiście łączy w sobie charaktery różnych narodowości. Miłośnicy aut amerykańskich docenią hojne rozmiary i prostotę. Zresztą silnik V8 pod maskę wejdzie pewnie bez problemu a jego bulgot tylko doda uroku dużemu Fordowi. Ci co lubią auta niemieckie też nie będą narzekali  – wóz nie jest zbyt finezyjny, za to jest dość solidny i porządny. W końcu  – made in Germany. A jak ktoś woli coś z odrobiną angielskiej charyzmy? Nie ma problemu. Drewno wokół zegarów, wielkie wygodne fotele i gigantyczne popielniczki – wszystko jest w sam raz. W zupełności wystarczy, przynajmniej dopóki nie uzbiera się na Jaguara. Jednym słowem każdy znajdzie w Granadzie coś dla siebie.

Na tylnej klapie nasze auto nosiło dumnie napis 2.3 GL. To oznaczenie zawiera dwie informacje: dobrą i złą. Zacznijmy może od dobrej. Literki GL oznaczają poziom wyposażenia. Może to miej niż Ghia, ale więcej niż samo L. Dzięki temu auto miało kilka ciekawych gadżetów. W odróżnieniu od podstawowych wersji, w zestawie wskaźników,  zamiast analogowego zegara był obrotomierz. Sam zegarek przeniesiony był, tam, gdzie normalnie byłoby radio, ale za to był elektroniczny i wyświetlał nie tylko godzinę, ale również datę oraz miał funkcję stopera. Samo radio przeniesione było na dół środkowej konsoli, przed dźwignię zmiany biegów. Miało dwie duże czarne gałki, odtwarzacz kaset i obsługiwało cztery głośniki – dwa w drzwiach przednich i dwa na tylnej półce, przy czym funkcję regulacji przód/tył/prawo/lewo obsługiwało się małym dżojstikiem na lewo od kierownicy. Nad lusterkiem wstecznym był rząd dodatkowych kontrolek informujących na przykład o zużytych klockach hamulcowych albo o niskim poziomie płynu do spryskiwaczy. Kawałek dalej korbka do otwierania dużego szyberdachu. Szyberdach sprawiał, że Granadą niezwykle przyjemnie jeździło się latem. Dzisiaj wielokrotnie słyszę od ludzi jeżdżących nowymi samochodami „po co mi szyberdach, przecież mam klimatyzację”. No ale przecież klimatyzacja jest do chłodzenia a szyberdach do przewietrzania. I do patrzenia się w gwiazdy. W czasie jazdy. Ich funkcje są zupełnie różne. Tak czy inaczej nasza Granada, klimatyzację też miała. To znaczy… miała, jak była nowa. I tutaj dochodzimy do tej złej informacji. Uważny czytelnik pewnie się domyśli, że kryje się ona w cyferkach 2.3.

Według tego oznaczenia pod maską znajdował się silnik V6 Cologne o pojemności 2.3 litra. Maska była wielka i ciężka jak kamień zasłaniający wejście do groty kryjącej mroczne tajemnice. Trzeba było się trochę postarać, żeby ją otworzyć, ale jak już się to zrobiło to w żadnym razie nie można było się dopatrzeć drugiego rzędu cylindrów, ani tym bardziej doliczyć sześciu świec zapłonowych. No niestety – gdzieś w burzliwej przeszłości auta oryginalny V6 ustąpił miejsca dwulitrowej rzędowej czwórce Pinto prawdopodobnie przeniesionej żywcem z jakiejś Sierry. Razem z silnikiem zniknął oczywiście też układ klimatyzacji. No ale… kto by się przejmował nieoryginalnym silnikiem. Przyznam szczerze, że miałem nawet wrażenie, że ta modyfikacja jakoś do Granady i do jej kundlowatej natury pasuje. Oczywiście trochę szkoda utraty splendoru widlastego układu, ale z drugiej strony 105 koni silnika 2.0, względem 108 koni generowanych przez v6, nie wydaje się być znaczącym ubytkiem. Niestety w naszej Granadzie większość z tych 105 koni już dawno poszła na emeryturę i w związku z tym wóz nie miał w zasadzie żadnej dynamiki. Mocy starczało wyłącznie na spokojne toczenie się. Najlepiej po niezbyt górzystym terenie i przy niedużym natężeniu ruchu.

Jednak w jakiś przedziwny sposób zupełny brak osiągów zupełnie mi nie przeszkadzał. Co więcej – pozwalał skupić się na rozkoszowaniu tym, co Granada oferowała w zamian, czyli przede wszystkim na niepowtarzalnym komforcie. Zawieszenie było mięciutkie. Auto wygładzało wszystkie nierówności i przyjemnie kołysało. Z miejsca kierowcy można było obserwować jak długi przód auta buja się na nierównościach jak statek na pełnym morzu. Przy ostrych zakrętach auto przychylało się na mocno na boki szorując chlapaczami o jezdnię. A z tylnej kanapy na słabe osiągi w ogóle się nie zwracało uwagi – dlatego tam podróżowało się najlepiej.

Czy wieś czy miasto, czy asfalt czy szutry, jazda Granadą była bardzo przyjemna i relaksująca. Jedynie na autostradzie Granada nie radziła sobie najlepiej. Brak mocy i niezbyt  precyzyjne prowadzenie sprawiały, że nieprzyjemnie jechało się między sznurkiem powolnych ciężarówek i kolejką agresywnych leasingowanych Audi, których kierowcy zdawali się nie rozumieć, że staremu Fordowi należy się trochę szacunku. Najlepiej było zjechać najbliższym zjazdem i wrócić na boczne drogi. W rezultacie Granadą nie można było nigdzie dojechać szybko, ale dzięki temu dłużej można było cieszyć się przebywaniem jej przestronnym, przytulnym wnętrzu. Najlepiej jeździło się nią po pustych wiejskich drogach w letnie wieczory. Oczywiście – koniecznie z otwartym szeroko szyberdachem. Kultura pracy silnika Pinto, delikatnie mówiąc,  nie jest wysoka, ale przy prędkościach rzędu 80km/h jego dźwięk nie był jeszcze zbyt natarczywy. Można było więc włączyć kasetę z jakąś  niespieszną muzyką. Kiedy z głośników leciała „Ciemna strona księżyca”, a przez otwarty szyberdach świeciła jasna strona księżyca to Granadą można było jechać i jechać, aż się skończy droga. No, chyba że wcześniej skończył się gaz.

W latach siedemdziesiątych nowymi Granadami jeździli pewnie jacyś menedżerowie średniego szczebla którzy cenili sobie styl, komfort i bogate wyposażenie. Potem, jako auta używane, ze względu na prostą technikę i dużą przestrzeń, stały się idealnymi autami rodzinnymi. Teraz wóz przenosi nas w minione czasy, odrywając nas od tempa dnia codziennego. Można wrzucić do bagażnika kilka skrzynek piwa, wziąć paru kumpli i wyruszyć bez pośpiechu w jakieś spokojny zakątek Polski, najlepiej taki, do którego nie prowadzą jeszcze autostrady, i znów poczuć się jak na wakacjach.

5 thoughts on “Ford Granada – leniwe wakacje”

  1. O masz. I to jest sedan, którego mógłbym. Tym bardziej, że do bagażnika na 100% weszłoby kilka basów. I jeszcze zostałoby miejsce na denata.

    Acz przecież było też kombi. Ale weź takie znajdź :/

    1. Nie wiem, czy weszło by kilka basów. Z boku stoi koło zapasowe. A kombi ostatnio widziałem na mobile, nawet takie drogie nie było 😉

  2. Jaki piękny! Ale bym nim jeździł…

    Granady ostatnio są w cenie, choć nie jest jeszcze tak najgorzej. Ta klasyczna linia zawsze mnie urzekała jako fana wszelkich sedanów, a Wasz artykuł jeszcze bardziej mnie zachęcił do pozbierania monet na taki wóz. Za czasów, których nie pamiętam ze względu na bardzo młody wiek, mój ojciec taką jeździł, ale niestety skasował ją pan w Skodzie Favorit.

    Poza samą elegancką linią nadwozia urzeka mnie też stylowe wnętrze, mające w sobie zdecydowanie więcej smaku niż późniejsze Scorpio (które też mi się podoba), nie wspominając już o fotelach, w których człowiek ma ochotę się zatopić na sam ich widok.

    Co się stało, że nie jest już flagowym wozem KiP? 😛

    1. Czy jest jakiś wóz, którego nie miał Twój ojciec?

      Zamieniliśmy się. Granada za XM’a 🙂

      1. Haha, przez ostatnie 30 lat miał nieco ponad 50 samochodów i lista ciągle się wydłuża. W sumie miły zbieg okoliczności, że jego gust motoryzacyjny poniekąd pokrywa się z KiP 😛 Udało mi się wygrzebać spis jego wszystkich samochodów i jak się okazuje, miał sześć Volvo 240, kilka hydro-Citroenów (GSA, CX, BX), a także Granadę 2.0 oraz Sierrę 2.3. Do ciekawszych aut należał też złoty Fiat Argenta 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *